Znacie go. Jego nie da się nie znać. Gumofilce, powycierane spodnie, łańcuch krowiak w miejsce paska, kufajka i czapka uszanka. W jednej dłoni kałasznikow, w drugiej, dla równowagi, musztardówka z najprzedniejszym bimbrem z porzeczek. niemal dziewięćdziesiątka na karku, liczne blizny na jego twarzy pięknie komponują się z zaropiałymi kaprawymi oczkami i fioletowym nosem. Mimo to wciąż potrafi pogonić kota zarówno miejscowej policji, jak i rozmaitym istotom z piekła rodem, takim jak strzygi, upiory i Lenin.
Jakub Wędrowycz zadebiutował w opowiadaniu "Hiena", które ukazało na łamach "Feniksa" i szturmem podbił serca czytelników. Już w listopadzie anno domini 2001 ukazał się pierwszy zbiór opowiadań pod wszystko mówiącym tytułem "Kroniki Jakuba Wędrowycza". Książka z marszu stała się bestsellerem, zebrała najwyższe noty we wszystkich branżowych pismach i portalach. Kolejne zbiorki sprzedawały się równie dobrze. Na popularności wojsławickiego egzorcysty-bimbrownika skorzystali też m.in. Rafał A. Ziemkiewicz i Konrad T. Lewandowski, którzy wtrącili swoje trzy grosze do wędrowyczowego uniwersum. Po "Wieszać każdy może" u Wędrowyczu ucichło, ale bez obaw - "Homo Bimbrownikus" zagości w księgarniach już 28 sierpnia!
Spójrzmy na samego Wędrowycza. Bohater to nietypowy, nawet jak na polskie warunki. Żaden z niego Harry Potter, czy walczący o życie i przeznaczenie wiedźmin. Jakub nie ma aspiracji do ratowania świata (choć parę razy uratować świat mu się zdarzyło). Sam też nie szuka kłopotów, zwykle to złośliwy los rzuca go w jakiś odległy zakątek świata (np. Peru) i każe mieszać się w sprawy, które zwyczajnie go nie obchodzą. Fenomen Jakuba Wędrowycza polega na sile samej jego postaci, tak zręcznie grającej na Polskiej Dumie Narodowej (c). Oto bowiem mamy do czynienia z człowiekiem, który brał udział w obu wojnach światowych, powstaniach, partyzantce... To osoba, która kreowała historię Polski, była jej częścią. Inną sprawą jest wędrowyczowe zamiłowanie do alkoholu i jego produkcji metodą chałupniczą. Cóż, na całym świecie śmieją się z Polaków-pijaków, tymczasem autor jakubowego cyklu, Andrzej Pilipiuk, alkoholizm przedstawia jako broń przeciwko rozmaitym złym mocom, wadę zmieniając w potencjalną zaletę. Może i niezbyt dydaktycznie, ale na pewno ciekawie z fabularnego punktu widzenia. Dalej, Wędrowycz nie czuje żadnego szacunku dla władzy, przez co ciągle wchodzi w konflikt z prawem. Kolejna typowo polska cecha - niechęć do władzy wszelakiej. Pojawiający się czasem w cyklu polscy politycy zawsze grają role czarnych charakterów, zwykle to cwaniacy i tchórze. Jednak najważniejszą w moim mniemaniu cechą Jakuba W. jest pewna bezkompromisowość działań. Polacy zmęczeni ciągłym wybieraniem tak zwanego mniejszego zła chętnie czytają o osobniku, który nie uznaje półśrodków, wszelkie sprawy załatwia od ręki (granatem na przykład) i nie traci czasu na jakieś rozterki moralne. Gdy Wędrowycza swędzi sumienie, po prostu drapie się po głowie w odpowiednim miejscu.
Opowiadania o Jakubie mają zwykle żartobliwą, anegdotyczną formułę (może poza zaskakująco odmiennym i poważnym „Przeciw pierwszemu przykazaniu” z pierwszego tomu), zazwyczaj brak w nich rozbudowanej fabuły, głębszego portrety psychologicznego postaci. Pisane są prostym, przejrzystym językiem, bez jakichkolwiek fajerwerków narracyjnych (niech nikt nie nastawia się na polskiego Pratchett'a). Rażą powtórzenia - jeśli Pilipiukowi uda się wymyślić jakąś szczególnie oryginalną frazę, to wkleja ją do kilku innych opowiadań, co budzi nieprzyjemne uczucie deja vu.
Z niepokojem zauważam, że autor zaczyna iść na przysłowiową łatwiznę - kolejne opowiadania z nowszych tomów nic nowego nie wnoszą do wędrowyczowego uniwersum, Jakub pędzi bimber, pije bimber, goni kota znienawidzonym sąsiadom Bardakom i miejscowej policji, czasem rzuci go gdzieś na drugi koniec świata, gdzie - oczywiście - poradzi sobie z zagrożeniem za pomocą ukrytego w ubraniu granatu, stena czy choćby linki hamulcowej, której przeważnie używa w celach kłusowniczych. Czasem ducha wypędzi, czasem rzuci klątwę na wrednego sąsiada, który przejechał mu po polu kombajnem albo spuścił zawartość szambiarki do studni. I tyle. Owszem, to bawiło w pierwszych tomach. Bawi i dziś, choć już nie tak bardzo. Cóż, Pilipiuk wielokrotnie porównywał pisanie opowiadań do lepienia garnków i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Wielki Grafoman (jak sam siebie nazywa autor) ma kilka standardowych form, w których "odlewa" swoje opowiadania. Można i tak, choć jeśli postać Jakuba nie będzie ewoluować, to w końcu ludziom znudzi się czytanie o najprzedniejszym polskim egzorcyście-amatorze. Do tego jeszcze daleko, ale już widać pierwsze objawy zmęczenia materiału.
Srogie baty należą się Fabryce Słów za nędzę edytorską książek wchodzących w skład cyklu o Jakubie. Liczne literówki, błędy, brak jednolitej szaty graficznej serii (zresztą, samo wydawnictwo rzuca się na lewo i prawo i już chyba trzy razy zmieniało swoje logo) i to w przypadku sztandarowej serii Fabryki Słów! Wstyd.
Mimo wszystko, Wędrowycz niezmiennie bawi nas i cieszy. I bardzo dobrze. Taka barwna postać jest Polakom bardzo potrzebna w szmatławej, szaro-burej rzeczywistości.