Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kilka gorzkich słów.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kilka gorzkich słów.... Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 lutego 2010

Kilka gorzkich słów... dlaczego dzieci powinno się trzymać z dala od MS Worda?

Wczoraj w wieczornych wiadomościach pokazywali czternastoletnią dziewczynkę, która napisała siedem powieści fantasy, a jedną już nawet wydała. Prezenterka rozpływała się nad małolatą, posuwając się do określenia jej następczynią Andrzeja Sapkowskiego (Fail Roku?). Sama przyszła wieszczka wypowiadała się w sposób zgoła niegramatyczny, choć to zapewne wpływ filującej jej na opryszczone czoło kamery.
I, rozumiecie, coś we mnie pękło. Ale nie zalałem się rzewnymi łzami, nie wszedłem na Mont Blanc, by tam dokonać metamorfozy, nawet nie rzuciłem bluzgiem, co ostatnio nader często mi się zdarza. Wyłączyłem kompa i poszedłem umyć głowę. Zawsze, jak mam coś głębszego do przemyślenia, idę myć głowę. Taki fetysz.



Zawsze, gdy widzę ten masowy onanizm w chwili, gdy jakiemuś nastolatkowi uda się wydać książkę, coś mnie trafia. To spuszczanie się, jakie toto utalentowane, mądre i zmyślne, że u progu dorosłości dokonało czegoś, co i tak jest domeną niewielu mogących wylegitymować się dowodem osobistym jest po prostu... nie, nawet nie denerwujące. Smutne.
Przeczytałem "Eragona". Zacząłem "W lustrze snów", ale nie zdzierżyłem. Obie te pozycje to bardzo przeciętne książki. Po głębszej analizie (każdy, kto czytał którąś z tych pozycji doceni poświęcenie) doszedłem do wniosku, że dziecko (czternasto-, piętnastolatek) nie ma szans napisać dobrej powieści. Nie chodzi tu nawet o brak doświadczenia literackiego - po prostu małolat, mówiąc kolokwialnie, nie zna życia na tyle, by przekonać nas do swojej wizji świata, by stworzyć uniwersum, przy którym zawieszenie niewiary będzie możliwe na tyle, by dać się złapać na fabularny haczyk. Bo czy dziecko - młody literat - jest w stanie nas czymś literacko zadziwić, zaskoczyć, zaciekawić? Powiem brutalnie - jeśli nie zostało zgwałcone przez swojego ojca, to nie (przykład ekstremistyczny, mam nadzieję, że zrozumiały kontekstowo).



Co sprawia, że wydawcy godzą się wesprzeć nieotrzaskanego z literaturą dzieciaka, który wyprodukował powieść? Chodzi, oczywiście, o pieniądze. Postaram się przekazać to na hipotetycznym przykładzie:

  1. Sadzamy dwuletnie dziecko przed komputerem, uruchamiamy edytor tekstu i zachęcamy szkraba do zabawy klawiaturą. Czynność tę powtarzamy dopóki wystukane przez malucha abstrakcyjne ciągi znaków nie osiągną wymaganego przez wydawcę minimum.
  2. Teraz tekst przechodzi przez gęste sito redaktorów którzy każdy ciąg wyrazów typu "nbio", "bcudiad" czy nawet "vdnsiffhiwak" przerabiają na słowa, które choćby w zbliżeniu przypominają oryginał.
  3. Przerobiony przez armię redaktorów tekst wygląda mniej więcej tak "gdy aby nieco rusza wychył się znosi dalekich fraktali nie będzie zagadany". Teraz leci on do druku.
  4. Ważna jest nota na tylej okładce - "Powieść napisana przez dwulatka - surrealistyczne dzieło obwołane nowym nurtem w sztuce postmodernistycznej! Musisz to przeczytać!" Za względu na nieczytelność tekstu, dwuletniego pisarza można obwołać następcą Jacka Dukaja.
  5. Teraz wystarczy tylko kosić kasę i jak najszybciej sprzedać prawa do ekranizacji, bo nie wiadomo, jak szybko pojawią się naśladowcy.
Im starszy jest młodociany autor, tym mniejsza jest interwencja sztabu poprawiaczy, ale generalnie zasada się nie zmienia.



I mnie tylko żal tych dzieci - w młodości wszyscy im mówili, jacy to są genialni, a gdy tylko wiatr koniunktury zaczyna wiać z innym kierunku, skazuje się ich na wieczne zapomnienie. A przecież obiecano im wieczną sławę i chwałę. Później dorosły już człowiek bierze do ręki swoją książkę, czyta ją i łapie się za głowę, jak mógł kiedyś wypisywać takie bzdury. Z tym, że teraz już nikt go nie potraktuje na poważnie - dorósł, więc przestał być chodliwym towarem, będą inne literackie dzieci. I mądry się robi pisarz po szkodzie.
Szkoda, że za późno.

wtorek, 12 stycznia 2010

Kilka gorzkich słów... Sorry, ziomale

http://www.lstadt.com/pliki/pliki/image/trojka.jpg

Jacek Sobala przejmuje Trzeci Program Polskiego Radia. Tak, ten sam Sobala odpowiedzialny za śmierć BISki (pamiętamy i nie zapomnimy!).
Kolejna stacja, która nie była całkiem do dupy chwieje się w posadach. Łączę się w bólu ze słuchaczami Trójki. Walczcie o swoje radio. Ja o swoje walczyłem - i gówno z tego było. Ale was jest więcej, a i Trójka to radio nieporównywalnie większego formatu, radio z tradycją i potężnym dywizjonem słuchaczy. Rozwalcie Sobalę, pomścijcie Polskie Radio BIS i ocalcie Trójkę.
Do boju.

wtorek, 29 grudnia 2009

Kilka gorzkich słów... O komiksach, Barwach szczęścia i takie tam...

http://www.barwyszczescia.pl/galery/20071112/juliamarczak_4315_PB.jpg

Już? Pozbierali szczęki z podłóg? To dobrze. Uspokajam - nic mnie dupę nie ugryzło, telenowel nie oglądam (poza "Pierwszą Miłością" - poziom schizu na minutę odcinka przeszedł przez granicę farsy i budzi autentyczną, choć nieco chorą, fascynację), jeszcze mi moje szare komórki miłe - może jak przejdę na emeryturę.
Jakiś czas jednak zdarzyło mi się rzucić okiem na jeden z odcinków popularnego ponoć tasiemca pod pretensjonalnym tytułem "Barwy szczęścia". Moją uwagę przykuł fakt, że jeden z bohaterów (niedoleczony ćpun, którego imienia nie dałem rady zapamiętać) postanawia... Narysować komiks. Tak! Pomysłowość scenarzystek w tym momencie niemal zwaliła mnie z nóg. Bo KOMIKS? Tak niepoważne medium? I to nie jakiś tam infantylną bajkę science-fiction, a poważny, artystyczny komiks o narkomanii.
I niby fajnie, że w mainstreamie zaczyna kwitnąć taka wizja niszowego, bądź co bądź medium, ale... Diabeł tkwi w szczegółach.
Po pierwsze, serialowy komiksiarz kreowany jest na wiecznego chłopca, ktory woli całą noc oglądać "Czterech pancernych i psa" zamiast spędzić ten czas z żoną, na chyba najbardziej naturalnej czynności... A właśnie - skoro już kreują nerda, to nie powinni do jego odgrywania angażować metroseksualnego wymoczka (choć z drugiej stron to chyba w sumie dobrze, że nie ulegają krzywdzącym stereotypom).
Po drugie, sam wątek jest wręcz komiczny. Oto mamy faceta, który rysuje komiks na którym zarabia całkiem nieźle (sic!), promuje go w telewizji, a niedługo po premierze dostaje propozycje stworzenia filmu animowanego na podstawie swojego dzieła... Śledziu, ty to widzisz i nie grzmisz?
Po trzecie i najciekawsze - twórcy serialu postanowili wypromować swój serial w nietypowy sposób i zlecili stworzenie kilku stron komiksu. Tak, założę się, że prawie nikt z fanów komiksów o tym nie wiedział. Ja też natrafiłem na to w sumie przypadkiem i... cóż, o ile sama idea jak najbardziej godna pochwały, o tyle wykonanie pozostawia bardzo dużo do życzenia. Zobaczcie sami. Nie wiem, kto stoi za tym pseudokomiksowym potworkiem, ale całkiem słusznie ukrywa swoją tożsamość. Zarówno warstwa graficzna, jak i narracja po prostu przerażają infantylizmem, niedopracowaniem i brakiem jakiegokolwiek zmysłu estetycznego. I taki komiks zrobił furorę?
Podsumowując - bardzo fajnie, że serial o takiej oglądalności porusza temat naszego, nieco hermetycznego półświatka komiksowego. Mogli to zrobić lepiej, prawda, ale czego tu oczekiwać po serialu, którego głównym targetem są gospodynie domowe?

sobota, 26 grudnia 2009

Kilka gorzkich słów... Epic Facepalm

Wesołych świąt (życzenia trochę spóźnione, ale zawsze...). Dziś w programie nie będzie morza krokodylich łez obrazujących moje emo w stosunku do całego świata. Nie będzie sarkania na zgniłą, konsumpcyjną rzeczywistość, gdzie jakiekolwiek ludzkie odruchy zostały ograniczone do klinicznego minimum. Będzie tylko ten link, na którego źródło natknąłem się podczas wieczornego spaceru po Esensji. I wystarczy.
Nie klikajcie. Nie psujcie sobie ostatniego dnia świąt.

środa, 16 grudnia 2009

Kilka gorzkich słów... List protestacyjny w sprawie likwidacji bibliotek

Panie Premierze,

My niżej podpisani — pisarze, tłumacze, redaktorzy, wydawcy, bibliotekarze i czytelnicy — protestujemy przeciwko planowanym zmianom w prawie pozwalającym na likwidację bibliotek w małych miejscowościach. Pan Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdan Zdrojewski twierdzi, że chodzi tu o łączenie niedochodowych bibliotek z innymi niedochodowymi instytucjami kulturalnymi, co ma obniżyć koszty ich utrzymywania. Kryterium dochodowości placówki kulturalnej, jaką jest biblioteka, użyte przez ministra kultury zdumiewa i wysoce niepokoi. Podzielamy obawy polskich bibliotekarzy, którzy słusznie widzą w tym zamysł likwidacji bibliotek.

Znamy dobrze polską rzeczywistość. Jeździmy po polskiej prowincji, do małych miejscowości i jeszcze istniejących małych bibliotek, jedynych w promieniu wielu kilometrów ośrodków kultury. Polski pisarz często nie ma innego sposobu dotarcia do czytelników. Zważywszy na niski poziom oferty kulturalnej mediów, w tym mediów publicznych, dla czytelników to jedyny żywy kontakt z autorami. To małe biblioteki są oazami, w których przetrwała sztuka czytania i sztuka rozmowy o książce. Biblioteki nie są — wbrew mniemaniu polskiej klasy politycznej — reliktem odchodzącego świata, o czym świadczy ich rola w Europie Zachodniej, gdzie liczba wypożyczeń z roku na rok rośnie.

Publicznie anonsowany przez ministra Zdrojewskiego zamiar przetworzenia bibliotek w „centra innowacyjności i kreatywności” okazuje się politycznym pustosłowiem. W roku 2009 w ramach programu mecenatu kulturalnego państwo przeznaczyło na biblioteki 2 miliony złotych. Czystą fikcją staje się program Biblioteka+, który do tej pory nie ma ani budżetu, ani harmonogramu wprowadzania w życie. Ten sam minister ogranicza wydatki na finansowanie bibliotek z budżetu ministerstwa w 2010 roku z założonych 40 milionów złotych do 10 milionów.

Panie Premierze,

dwadzieścia lat temu byliśmy dwa razy biedniejsi, a stać nas było na biblioteki. Przez te dwadzieścia lat kraj bogacił się o kilka procent PKB rocznie. Teraz przy postępującym spadku czytelnictwa i groźbie funkcjonalnego analfabetyzmu okazuje się, że Polski nie stać ani na program walki z tymi zjawiskami, ani na utrzymanie bibliotek. Przez dwadzieścia lat wyeliminowaliśmy z programów szkolnych edukację kulturalną, zamykaliśmy czytelnie publiczne i nie uzupełnialiśmy dostatecznie zbiorów bibliotek. Polski nie stać na pełnienie roli niewyedukowanego pariasa Europy, Polaków na bycie narodem barbarzyńców. Wzywamy Pana, Panie Premierze, do działań, które zaświadczą, że podziela Pan nasze zdanie. Wzywamy do poszanowania Konstytucji RP, gwarantującej obywatelom dostęp do kultury.

Sami nie będziemy stać bezczynnie. Powołujemy Obywatelskie Forum Dostępu do Książki — forum dla wszystkich, którzy chcą uczestniczyć w walce ze spadkiem czytelnictwa, w pracach nad uzdrowieniem rynku książki i odrodzeniem bibliotek w Polsce. Do udziału w tym przedsięwzięciu zapraszamy wszystkich ludzi książki i czytelników

źródło: Fantazmaty

niedziela, 5 lipca 2009

Kilka gorzkich słów... 4 grzechy biblioteczne

http://www.kul.lublin.pl/oldbukul/akademia/2004_12_13/obrazki/niszczycielskie_plesnie.jpg

Z pewnością w ciągu swojego życia spotkaliście niejednego z nich - bibliotecznych dywersantów, książkowych gwałcicieli, najgorszy koszmar bibliomanów i stałych bywalców bibliotek. Ci nikczemnicy, ludzkie węże i najzwyczajniejsze w świecie gnidy, które kradną książki z bibliotek, bezrefleksyjnie przetrzymują nowości, niszczą książki... Nawet teraz, gdy o nich myślę, krew szybciej krąży mi w żyłach, a pięści bezwiednie zaciskają się w geście bezsilnej wściekłości.
W tym felietonie mam zamiar przedstawić najczęstsze grzechy tak zwanych "czytelników". Rzeczy, których byłem świadkiem i o których słyszałem zjeżyłyby włosy na głowie nie tylko wieloletnich bibliotekarzy, ale i aktywnych bywalców wciąż licznych w naszym kraju świątyni muzy Kaliope. Niektóre z tych incydentów nieomal dorównują podpaleniu Biblioteki Aleksandryjskiej, choć możliwe, że w tym momencie przemawia przeze mnie czytacz-fundamentalista. Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy biblioteki dostępne były nielicznym, godnym ludziom, a za kradzież czy zniszczenie książki groziła nawet kara śmierci. Może jeden tępy kloc z drugim by się dwa razy zastanowił, zanim znowu zasiądzie do lektury ze szklanką soku i na wpół rozpuszczoną tabliczką czekolady... Brr! Aż mnie ciarki przeszły. Ale mówić o tym trzeba. A bibliotekarzom mówię - nie odpuszczajcie!

1. Cisza ma być!
Do biblioteki uczęszczam kilka razy w tygodniu - przeważnie na początku i na końcu tygodnia, w godzinach popołudniowych, kiedy w tym przybytku literatury jest akurat największy tłok. Ludzie! Biblioteka od wieków była ostoją ciszy i spokoju, uroczyste milczenie niczym w świątynni zawsze było genius loci najmarniejszej nawet biblioteki. A tu co? Wchodzę i jedna osoba głośno nadaje przez komórkę, jakiś koleś puszcza na cały regulator uszojebne techno, które wydobywa się z wiszących mu na szyi niczym chomąto słuchawek. Dwie psiapsiółki szczebioczą, za nic mając sobie należny instytucji bibliotecznej szacunek... Zgroza. A jak, ogarnięty świętym oburzeniem, wygarnę wszystkim, że takie zachowanie zakrawa na świętokractwo, to tylko patrzą się na człowieka jak na wariata... Straszne. A najgorsze, że nawet personel biblioteczny czasem kala ciszę budynku, niepotrzebnie unosząc głos, czy - uwaga - włączając radio (!).

2. Nie przetrzymuj książek!
Klasyczna sytuacja - jesteś w trakcie czytania kilkutomowego cyklu fantasy - na przykład "Mrocznej Wieży" albo "Malazańskiej Księgi Poległych". Wciągnięty w wir wydarzeń wypożyczasz kolejne tomy sagi, z zapartym tchem śledzisz losy bohaterów... W końcu idziesz do biblioteki z zamiarem zwrotu przeczytanych już pozycji i wypożyczeniem kolejnych tomów. Oczyma wyobraźni już widzisz, jak siedzisz w fotelu zatapiając się w lekturze, szukając odpowiedzi na odwieczne pytanie "Co będzie dalej?". I okazuje się, że jakiś niewydarzony głąb, jakiś baran kudłaty, jakaś leniwa gnida przetrzymuje kolejny tom już kilka dobrych lat, ignoruje listowne ponaglenia i szanse, że w najbliższym zwróci interesującą nas książkę są praktycznie zerowe. Oczywiście prośby o podanie adresu osoby przetrzymującej książkę spływają po zasłaniających się ochroną danych osobowych bibliotekarzach jak woda po kaczce. Zbrodniarz jest nie do ruszenia.
Co ciekawe, ten typ ludzi - w odróżnieniu od złodziei bibliotecznych, o których napiszę poniżej - zawsze w końcu oddadzą książkę. Czy to za trzy lata, czy to za sześć - często korzystając z amnestii z okazji Światowego Tygodnia Książki, kiedy to można oddać długo przetrzymywaną książkę bez konieczności zapłaty kary za zwłokę.

3. Nie kradnij!
Tacy są najgorsi. Śmiecie widzące w bibliotece jeden ze sklepów sieci torrent, tyle że taki niewirtualny. Wynoszą książki w plecakach, pod bluzą albo na chama w gołych rękach! A najgorsze są małe dziewczynki z poczuciem moralności rumuńskiego kieszonkowca, które wynoszą w torebkach kolejne egzemplarze "Harry'ego Pottera" i "Zmierzchu". I już nie wiem, czy bardziej bulwersować się tym zbrodniczym procederem, czy fatalnym gustem literackim współczesnej młodzieży.
Nie ma co sie oszukiwać - w każdym ze stałych bywalców bibliotek budzi się czasem hiena o lepkich łapach. Ach, mieć na własność to wypasione wydanie "Diuny" Herberta, albo dzieło sztuki edytorskiej o nazwie "Ostatni Bohater" pióra Pratchetta! Z tym, że dzielą się oni na zacnych ludzi potrafiących oprzeć się ogromnej nieraz pokusie i ludzkie węże, którym się to nie udało. Ja sam, choćbym nawet trafił na jakieś superwypasione wydanie kolekcjonerskie "Gry Endera" z autografem autora, to nawet przez myśl nie przemknęłoby mi zawłaszczenie tego artefaktu. Chociaż, z drugiej strony... Jakbym ja tego nie zrobił, to książkę zakosiłby ktoś inny, a szkoda by było... No właśnie, widzicie o co mi chodziło, gdy mówiłem o tkwiącym w każdym z nas złodzieju.

4. Nie niszcz!
Czasem, gdy biorę do ręki sczytaną książkę, zadaję sobie pytanie - co poprzedni czytelnik robił z tym egzemplarzem, że wygląda on niczym ofiara stada wściekłych kotów wrzuconych do kadzi z kwasem. Poszarpane kartki, wygięty w pałąk grzbiet książki, pozaginane rogi, poplamione rozmaitymi substancjami stronice. Raz znalazłem we wnętrzu książki (to był kingowy zbiór opowiadań "Wszystko jest względne" jakby kogoś to interesowało) ukryte między stronami opakowanie po prezerwatywie (!) użyte w charakterze zakładki. Zero szacunku dla słowa pisanego. Najgorsze są jednak poczerniałe rogi kartek, które służą tym bezwzględnym oprawcom do czyszczenia paznokci...

Drogi czytelniku, jeżeli kiedykolwiek dopuściłeś się jednego z powyższych grzechów, natychmiast kup jakąś książkę i wręcz ją pobliskiej bibliotece jako rekompensatę. W innym przypadku bądź pewien, że znajdę cię na końcu świata i siłą wyduszę zadośćuczynienie. Śmiejesz się? Masz mnie za nawiedzonego wariata? Świra? Mogę być świrem, ale nie znaczy to, że nie jestem niebezpieczny. Takich jak ja jest wielu i możesz być pewien, że kiedyś powstanie library fight club i weźmie on na cel wszystkich nikczemników nieoddających książkom należnego im szacunku...

czwartek, 21 maja 2009

Kilka gorzkich słów... Młodzież sterowana

http://blog.roodo.com/timojazz/3afe1318.jpg

Do napisania tego posta zainspirował mnie wywiad z piętnastoletnim Maćkiem z Warszawy zamieszczony na portalu dziennik.pl. Piszę "wywiad" choć w istocie artykuł jest najzwyczajniejszą w świecie reklamą wkraczającej do naszego kraju sieci kawiarni Starbucks. Otóż Maciek przedstawia nam swoją wizję świata, w której ludzkość dzieli się na elitę pijącą kawę z superwypasionego kubka Starbucks, nosi ciuchy Lacoste, Hiffligera i Vuitton, a także wydającą na fryzjera więcej, niż moja babcia dostaje renty, oraz na plebs, którego na takie atrakcje po prostu nie stać.
I ok, możemy mówić, że takimi bzdurami media karmią młodzież już od wielu lat, że piętnastoletni Maciek jest równie prawdziwy, co Wielki Gej Al z South Parku - ale to jednak wkurza, że dzieciakom od małego kładzie się do łba, że mają kupować tylko te produkty, które zostały wypromowane przez olbrzymią kampanię reklamową. A że są drogie? Cóż, za coś trzeba było opłacić speców od reklamy...
Miała to być długa i jadowita notka, ale tak w trakcie pisania odechciało mi się walki z wiatrakami ludzkiej głupoty... No nic.

czwartek, 30 kwietnia 2009

Kilka gorzkich słów... "Weź błogosławionego pada..."

Zestaw komunijny by Empik rozwala. Popatrzcie sami:



Do konsoli Playstation 3 dodają... Pismo święte. To się nazywa "Wychodzenie naprzeciw oczekiwaniom klientów".
Internetowi cynicy oczywiście nie mogli przepuścić takiej okazji - oto kilka wpisów z Wykopu...

Dołączona czwarta gra: "Pismo Święte". Grał już ktoś?

Przeszedłem Stary Testament. Teraz zabieram się za Nowy Testament.

Nie mogę przejść przez morze czerwone, ma ktos sposob jak tam trzeba biec?

Kumpel mówił, że są jakieś kody do chodzenia po wodzie. Zna ktoś?

Dobra gra - mimo, że mnie zabili to po 3 dniach miałem respawn + nowe moce.

A na końcu Judasz zdradza, haha spoiler

Co trzeba zrobić na etapie z gadającym wężem?

Wysłuchać go. Dostaniesz bonus +3lvl jeśli zrobisz questa od niego. Pamiętaj, żeby się podzielić tym questowym itemem z Ewą!

Flashbang oślepił mi Pawła i nie mogę trafić do Damaszku. Ma ktoś solucję?

e, grałem w wersje na ps2, to już jest sequel tego klasyka. W oryginale trzeba było zrobić działający świat w 7 dni, coś jak Spore...

A ma ktoś pomysł jak zamienić to wino w krew i chleb w ciało? Za nic nie potrafię...

Bez "God Mode" podobno nie da się tej gry przejść

Odradzam granie Hiobem. Poziom Hard nie do zdarcia.

Hej gram Jezusem, ale na etapie z krzyżem ciągle ginę. Pomóżcie!!!!

Grał ktoś Judaszem już? Robię questa i na etapie zdrady targuje, się ale nie chcą dać więcej niż 30 srebrników za tego całusa.

Widzę, że w sequelu Starego Testamentu można już tworzyć drużynę. Mam już 12 ludzi, spróbuję jeszcze pogadać z innymi może jeszcze ktoś się przyłączy.

A wiecie może jak przejść misję z urodzeniem Jezusa bez zapłodnienia? Nie mogę znaleźć solucji.

Cholera, a ja zaj#!..m wszystkich Rzymian jak przyszli mnie ukrzyżować i nie wiem co dalej.

bug jest z tobą...

Jak chodzić po wodzie aby dojść do tych rybaków podczas sztormu?

ma ktos komende na water->wine ?

~H2O2winegmode

Za rok będzie wersja platynowa z Pismem Świętym + God of War :)
I najlepsze
A dodają tam kontroler Krzyż bo poluję na taki?




środa, 4 lutego 2009

Kilka gorzkich słów... O komiksach słów parę.

http://komiks.nast.pl/gfx/artykuly/kopecindykowoduze.jpg

W komiksowym półświatku zawrzało. Wszyscy (a w każdym razie - znaczna większość) osób liczących się, mniej lub bardzie, w branży Polskiego komiksu zwarło szyki i rozpoczęło burzliwą dyskusję na wszystkich frontach - mniej, lub bardziej szumieli Śledziu, Adler, KRL, Koko i wielu, wielu innych. Ja, rzecz jasna, nie mam zamiaru odstawać od tej wnerwionej trzódki. Zwłaszcza, że jest się o co wnerwiać.
Poszło o ten wywiad w Alei Komiksu. Wywiad przeprowadzony z Krzysztofem Kopćem, stosunkowo mało znanym rysownikiem komiksowym. Kopeć, dodajmy, puszy się w tym wywiadzie, jakby był co najmniej Moebiusem, a swoje wypowiedzi ubiera w poetyckie metafory. Nie o samozachwyt artysty z dolnej półki tu jednak idzie, a o głoszone przezeń tezy. Mianowicie, Kopeć twierdzi - w ogromnym skrócie - jakoby artyści komiksowi młodego pokolenia nie tworzą niczego godnego uwagi i sami są sobie winni za małe nakłady. Kopeć widać nie zauważył, że czasy siermiężnego socjalizmu mamy już za sobą i głoszenie takich bredni jest tylko godne politowania. Nie chce mi się zagłębiać w szczegóły - pora już bowiem późna - toteż wyjaśnię w telegraficznym skrócie: Dawn, dawno temu był sobie Krajowa Agencja Wydawnicza, która siedziała głęboko w kieszeni ówczesnej władzy. KAW był w istocie olbrzymią machiną, która mełła w swoich trybach rozmaite Klossy, Żbiki i Tytusy - promowała komiksy niezagrażające propagandowo władzy. Potem przyszedł rok 1989, co wtedy było możecie sobie przeczytać w książce od historii. Nadeszło wyzwolenie, nowe pokolenie "poprawność polityczną" zaczęło mieć głęboko w odbytnicy, zwłaszcza, że we wczesnym dzieciństwie liznęło trochę poprzedniego ustroju. Zaczęły wychodzić pozycje ambitniejsze, skierowane do ciut inteligentniejszego niż przeciętny pożeracz Tytusa czytelnika. Do zabawy włączył się ponadto TM-Semic, który zalał rynek przedrukami zachodnich komiksów (ech, gdzie te czasy...?).
Gdzieś w tym wszystkim tkwił pan Kopeć, który po zmianie ustroju zaczął mieć poważne kłopoty ze znalezieniem pracy. Zaciągnął się najpierw do "Ciuchci" (magazyn dla dzieci - padł), potem do "DD Reporter" (też padł) jako tak zwany artysta.
I ów siedzący głęboko w czerwonej kieszeni jegomość, ów ilustrator bajek dla dzieci osmiela się krytykować jedynych ludzi, dzięki którym istnieje jeszcze w Polsce jakiś półświatek rodzimego komiksu. I nic dziwnego, że Kopcia (hardkorowe nazwisko, swoją drogą) szokuje wulgarność w komiksach młodych twórców - jak się całe życie zarabia rysowaniem Kulfona i Moniki, a potem jakiegoś dziwoloąga wyglądającego jak żółty klocek, to to się musi w końcu odbić na psychice.

Jeszcze raz:

Wywiad z Krzysztofem Kopciem.

Co sądzi o tym KRL (polecam)

sobota, 10 stycznia 2009

Kilka gorzkich słów... BIS Polskie Radio, czyli jak zostałem furiatem.


Niezależnie od tego, co się stanie, to logo zawsze będzie w moim sercu
.

Opowiem Wam pewną historię, która mimo, że wydarzyła się już dawno temu to wciąż powoduje u mnie skoki ciśnienia i inne symptomy głębokiej frustracji.
Była sobie w Polskich mediach publicznych rozgłośnia radiowa, która nie wciskała ludziom kitu w postaci Bajmu, Dody czy innej Margaryny. BIS polskie radio. Czego można tam było posłuchać? Ano, mili panowie, wszystkiego - najlepszej muzyki każdego gatunku: rap (i to nie to gówno, którego słuchają "ziomy" pod blokiem), rock, alt, punk, reggae, hardcore, metal (tak, tak!). To było piękne - Każdej nocy leciała audycja "Mocne Nocne" po brzegi wypełniona naprawdę mocną muzyką, była też "Liga Punk Rocka" z najlepszą muzyką tego gatunku, w weekend "Masala" prezentująca muzykę etniczną i poruszająca ważne tematy dotyczące m.in rasizmu, był "trendyzator" w którym można było posłuchać sobie o najnowszych trendach kultury popularnej. Każdy dzień tygodnia wieńczony był audycją autorską, w której charyzmatyczni DJe prezentowali najlepsze dokonania na polu interesującego ich gatunku muzycznego (poniedziałek - alt, wtorek - reggae, środa - hip hop, czwartek - metal, piątek - elektronika). BISka organizowała też pikniki naukowe, w których miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć. Słowem - Polskie Radio BIS kształtowało inteligentnego, otwartego na świat słuchacza o wyrobionym guście muzycznym i wielu różnych zainteresowaniach.

http://foto.m.onet.pl/_m/4dd95fdf6406242ec4b0cc2617ce84b6,14,19,0.jpg

Czemu piszę o tym w czasie przeszłym? Ano - teraz zacznie się ta część z przekleństwami - w roku 2006 jakiś garniturowy idiota postanowił namieszać i przeformułować profil radia. Na stołku dyrektora usiadł - trzymajcie mnie, bo mnie zaraz cholera jasna trafi - Jacek Sobala. Owo indywiduum od razu zaczęło wprowadzać zmiany w profilu radia.
Zaczęło się od Masali, który do swojej audycji zaprosił członków organizacji antyfaszystowskiej "Nigdy Więcej". Zapowiedź programu zawierała dość niepokojącą dla Sobali frazę: "Podżegający do przemocy faszyści są często blisko związani z (...) Młodzieżą Wszechpolską". Cóż, Sobali się to nie spodobało i kazał Masali zmienić temat audycji. Prowadzący nie zgodził się na to (nic zresztą dziwnego) i poleciał.
Zaraz potem Sobala uznał, że dosyć tego dobrego i zdecydował, że z BISki musi zniknąć muzyka mocniejsza niż rock (poleciało "Mocne Nocne") i audycje autorskie (też poleciały). "Sorry, ziomale" pisał Sobala na stronie głównej BISki "ale chcemy zrobić z tego radia najlepszą rozgłośnię w Polsce". No i zrobił, cholera jasna. Jak widać, nie zauważłu, że żadne "soryziomale" nie słuchają BISki - "soryziomale" siedzą pod blokiem i tankują piwo. BISki słuchają inteligentni, młodzi ludzie, którzy nie dają sobie wciskać na siłą gówna z Fabryki Gwiazd.
Kuriozalna sytuacja - jeden z DJów którzy mieli polecieć, niejaki Duże Pe dość się zdrzaźnił i pod koniec swojej ostatniej audycji puściły mu nerwy - zapuścił bit i, nie przebierając w słowach, fristajlem wyrapował co mu się nie podoba w nowym dyrektorze BISki. To było naprawdę mocne i po czymś takim raczej go już do żadnej rozgłośni nie wpuszczą. Tym, którzy chcą posłuchać (warto) polecam kliknąć tutaj. Dla mnie bomba, choć hip hopu nie słucham. Facet skanalizował tu całą frustrację wszystkich DJów i słuchaczy rozgłośni. Odszedł z hukiem.
Radio Bis skończyło się w tej właśnie chwili - później było jeszcze tylko jakieś kuriozalne techno na okrągło i sklecone naprędce audycje. Co prawda podjęto próby reaktywacji - na pewien czas powróciły audycje autorskie (choć już z innymi prowadzącymi), ale niszowej muzyki jak nie było, tak nie było.

http://oto.blox.pl/resource/radio_bis.jpg

No a potem Polska i Ukraina dostała Euro 2012. Co to ma wspólnego z upadkiem BISki? Ano dużo, bo ktoś ubzdurał sobie, żeby to, co zostało z BISki przerobić na - uwaga - RADIO EURO! I przerobili, chuj im w dupy.
Żyć się już nie chce, jak się czyta tę historię - Postępowa stacja radiowa kształtująca inteligentnego słuchacza zmieniła się w jakąś niedorobioną wersję Radia bZdET albo innej eremefki.
Wkurwia mnie to, cholera jasna!!!

Nawijka Dużego Pe, który jedzie po imć Sobali

Front Obrońców Radia Bis

niedziela, 14 września 2008

Kilka gorzkich słów... ZAiKS

http://www.zaiks-stop.v.pl/200.gif

Kilka dni temu zacząłem interesować się grą na gitarze. Jako, że siostra uczyła się gry na tym właśnie instrumencie, miałem ułatwione zadanie. Chwyciłem więc za "wiosło" i pełen zapału począłem zagłębiać się w tajemniczy światy gam, tabulatorów, nut i kluczy wiolinowych. Bynajmniej nie powodowała mną wygórowana ambicja, a całkiem przyziemna chęć wypróbowania podrywu "na gitarę". Niestety, na drodze do dziewczęcych serc stanęło mi Stowarzyszenie Autorów ZAiKS. Otóż ta szczytna organizacja stojąca na straży ogromnej spuścizny polskiej muzyki rozrywkowej jakiś czas temu umyśliła sobie, że wszelkie strony internetowe publikujące "chwyty" gitarowe muszą płacić ZAiKS-owi tantiemy wynoszące - uwaga - co najmniej 1000 zł.... miesięcznie. Niech mi ktoś, do cholery ciężkiej, wytłumaczy jak fanowski, działający charytatywnie (że tak to ujmę) portal ma wyłuskać 1000 PLN miesięcznie? I w imię czego? Nie dość już się nakradli? Ochrona prawa autorskiego... Pusty śmiech - na każdej torrentowni/warezowni można ściągnąć piracką wersję każdej chronionej przez ZAiKS płyty. To chora sytuacja trwa tak długo, że już straciłem nadzieję na zmianę sytuacji.
I tak straciłem niepowtarzalną szansę na zostanie najlepszym polskim gitarzystą. Hołdys może spać spokojnie.

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Kilka gorzkich słów... Polska muzyka.

Tak to trzeba zacząć. Pod koniec XX wieku (i na początku XXI) muzyka produkowana przez naszych rodaków była całkowicie niestrawna. W radio leciały absurdalne gnioty typu Ich Troje, Wilki, Blue Cafe... Szturmowy atak przypuściły "Żywe Trupy" Polskiej sceny muzycznej takie, jak Krzysztof Krawczyk i Kombi. Co się od tamtej pory zmieniło?
Cóż... Nic. Albo prawie nic. W telewizji widzimy rozmaite programy typu "Śpiewać i tańczyć każdy może". Dwie czołowe rozgłośnie radiowe - Radio Zet i RMF FM - raczą nas kilkuletnimi odgrzewanymi kotletami albo zespołami typu Feel. Gdzie jest, ja się pytam, dobra muzyka? Czy w Polsce naprawdę nie ma ani jednego utalentowanego zespołu muzycznego?
Okazuje się, że jest. I to nawet niejeden. Tyle, że w swoistym "getcie artystycznym". Już wyjaśniam. "Gwiazdy" typu Feel albo Doda zarabiają krocie, ponieważ ich odbiorcami są ludzie generalnie nieinteresujący się muzyką - tacy, którzy od niechcenia włączają radio a płyty kupują jedynie w prezencie. Jest to zdecydowana większość odbiorców. Swoje dokładają też nastolatki hodowane na Bravo Girl, Dziewczynie, 13 itd.
Wystarczy jednak trochę poszukać i z pewnością znajdziemy sporo ambitnych, dobrych zespołów, których słucha się z prawdziwą przyjemnością. Kilka nich - Mylsovitz, Hey, Cool Kids Of Death - zdołało się nawet wyrwać z getta i zaistnieć w świadomości szarego człowieka. Inne - Happysad, Muchy, Vavamuffin, Kawałek Kulki - są na najlepszej drodze do tego samego. Oto bowiem rośnie nowe pokolenie, któremu bardzo trudno wcisnąć byle szmirę.
Panie i Panowie, idzie ku lepszemu.