niedziela, 11 lipca 2010

Do poczytania...

http://merlin.pl/Palac-Ostrogskich_Tomasz-Piatek,images_big,19,978-83-7414-411-7.jpg

To mój pierwszy Piątek - pewnie, że wcześniej słyszałem o "Heroinie" i czytałem jego felietony w NF, ale "Pałac Ostrogskich" jest pierwszą książką Piątka, którą dane mi było przeczytać. I wychodzi na to, że na tej jednej się nie skończy.
W tym miejscu recenzji zwykle następuje rys fabularny, w którym staram się nakreślić czytelnikowi fabułę powieści, zaklasyfikować ją jakoś, ogólnie przedstawić czym to się je. Ale nie w tym przypadku - "Pałac Ostrogskich" jest powiem strumieniem świadomości, podczas którego fakty z życia autora, rozmaite dygresje i kolokwialne wstawki pseudofabularne mieszają się z ćpuńskimi jazdami narkomana, który zażył o jedną działkę hery za dużo. Chwilami trudno określić, czy opisywane przez Piątka zdarzenie wydarzyło się naprawdę, zostało wymyślone czy stanowi zapis jednej z jego narkotycznych wizji. Tym bardziej dziwi spójność i pewna logika w budowie opowieści (fabuła występuje w formie szczątkowej). Dość powiedzieć, że cały hałas rozchodzi się o uczucia, przedmioty, kwadraty, Polskę, nałóg i kilka innych rzeczy.
Piątek pisze syntetycznie - beznamiętnie opisuje szczegóły, tka zdania wielokrotnie złożone i szafuje onirycznym klimatem. Wszystko to sprawia, że lektura tej książki staje się przeżyciem odurzającym, ale i w jakimś stopniu odprężającym.
Mimo, iż "Pałac Ostrogskich" o ćpuństwie mówi tylko na marginesie, to i tak stanowi jeden z ciekawszych studiów narkomanii, z jakimi się spotkałem - bez nadętego moralizatorstwa ani irytującego emo autor opowiada o swoim nałogu, o jego genezie i skutkach, a robi to z takim wyczuciem i talentem, że dłonie same składają się do oklasków.
Zdecydowanie polecam

Autor: Tomasz Piątek
Wydawnictwo: WAB , Czerwiec 2008
Seria: Archipelagi
ISBN: 978-83-7414-411-7
Liczba stron: 312
Wymiary: 123 x 195 mm

piątek, 9 lipca 2010

Myśli nieuczesane #1 - o Osiedlu i słoneczku

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEg4m_c4bM8c0g0BvvK9VT0JHRn-smiwfaOh4i4AuxPmUvCtaBW-BNsF-YbE3ZRyB6FbBYayfBde1pAgU_jK0EalEHrLpd-7XjPxLP3VYRN3liUVyMnULoco7zc96G0mpwf3U8OsQE_TPoIA/s1600/Osiedle+Swoboda-obwoluta.jpg

Dawno, dawno temu miała tu stać recenzja "Osiedla Swobody" za którą najpierw długo nie mogłem się wziąć, a potem uznałem, że nie ma sensu. Na wypadek, gdyby ktoś miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, niniejszym je rozwiewam - komiks Michała "Śledzia" Śledzińskiego nie jest tak dobry, jak piszą w recenzjach. Jest lepszy. I to znacznie. Ale ja nie o tym chciałem, bo recenzji nie będzie.

Jako przedstawiciel rocznika '90, udało mi się załapać na końcówkę czasów, do których pije osiedle. Z tamtego okresu pamiętam polsatowskiego "Alfa" i "Bundych", których humoru siłą rzezy łapać nie mogłem, czerwone książeczki z serii "Już czytam", na których ładowałem skila w mieleniu literek na słowa w mojej głowie, "Thorgale" i "Fantastyki" z szuflady ojca, długodystansowe maratony na Pegasusie i... Dwór. Jako dzieciak cholernie dużo czasu spędzałem na dworze. Z gówniarzami sąsiadów, z bratem, sam... Cholera, znałem ulicę lepiej, niż własną kieszeń. Byłem tym łajzowatym dzieciakiem, który przewijał się przez całą fabułę osiedlowego odcinka "Psy wyprowadzamy na smyczy". To były czasy.


http://img576.imageshack.us/img576/7230/12001q.jpg
I mnie tylko zastanawia, kiedy ganianie za piłką zmieniło się w wożenie się po ulicy z bluzą Firmy na grzbiecie, kiedy podkładanie pierdzącej poduszki nauczycielowi stało się zakładaniem mu kosza na głowę, a wysyłanie miłosnych esemesów w "słoneczko". Nie wierzę, że to wszystko przez naszą-klasę. Po prostu nie wierzę.
http://img8.imageshack.us/img8/9549/12003r.jpg

sobota, 12 czerwca 2010

Fantastyka Godziny Czwartej

http://sphotos.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-snc3/hs574.snc3/31334_434548399947_188446914947_5746382_2448072_n.jpg

Tak się jakoś złożyło, że zostałem odkryciem ze strony www.fantastyka.pl i w lipcowym numerze Nowej Fantastyki ukaże się moje opowiadanie będące rozwinięciem znanego z wyżej wymienionej strony utworku "Ludzie Godziny Czwartej". I tak po ludzku, zwyczajnie cieszę się, że moje nazwisko zdobi okładkę pisma, bez którego pewnie nigdy nie zainteresowałbym się szeroko rozumianą fantastyką, pisma, które wychowało całe pokolenia fantastów i wypromowało czołówkę polskich pisarzy fantasy i science-fiction.

Fajne uczucie.

czwartek, 10 czerwca 2010

Wyślijmy Lema w kosmos!

http://www.fantastyka.pl/obrazki/5r8w67qt4231yelemposter.jpg

Klikać w obrazek. I dopisywać się do grupy na Facebooku. I interweniować. Bo inaczej satelita będzie nazywał się "Gwiazdeczka" albo podobnie głupio.

sobota, 5 czerwca 2010

Do poczytania... Star Wars Komiks Wydanie Specjalne #5

http://www.ossus.pl/images/c/c4/Oblezenie_Saleucami_SWK.jpg

Uniwersum Gwiezdnych Wojen jest złożone i starannie przemyślane, ma jednak jedną wadę - dominujący nad większością aspektów tego wszechświata dualizm Jasna/Ciemna strona Mocy może nie tyle wyklucza, co znacznie utrudnia wprowadzenie elementów i postaci moralnie niejednoznacznych. Bo przecież w końcu Jedi - a wraz z nimi i reszta postaci - muszą opowiadać się po stronie dobra lub złe, bardziej subtelne postawy należą raczej do wyjątków. Nie chodzi mi o to, że bohaterowie występujący w produkcjach rodem z odległej galaktyki są bezwarunkowo dobrzy albo źli, tym niemniej - taki podział jest o wiele wyraźniejszy, niż w innych uniwersach. Quinlan Vos, główny bohater niniejszego numeru SWK:WS jest postacią moralnie niejednoznaczną - i chyba właśnie dlatego jest moim ulubionym bohaterem gwiezdnowojennego uniwersum. Całe życie tego Jedi naznaczone było mrokiem, wskutek czego Vos mimo opowiadania się po Jasnej stronie w istocie porusza się na samej granicy, która - jak już wcześniej wspomniałem - w opowieściach sygnowanych logiem Star Wars jest raczej wąska.
Komiks opowiada historię Oblężenia Saleucami, jednej z ostatnich batalii wojen klonów. Sytuacja jest patowa, dokonujące oblężenia siły Republiki nie są w stanie przedrzeć się przez osłony nieprzyjaciela, który z kolei ponosi klęski z powodu mistrza Rancisisa - Jedi, który wie praktycznie wszystko o bitewnej medytacji i czynnie używa tej umiejętności do wspierania Republikanów. Impas przełamać może jedynie Quinlan, będący w istocie podwójnym agentem. Po której stronie się opowie? Walka toczy się nie tylko o Saleucami, ale także - przede wszystkim - o duszę Vosa.
Biorąc do ręki niniejszy komiks miałem nadzieje obserwować moralne rozterki głównego bohatera, który miota się on pomiędzy Jasną i Ciemną stroną Mocy. Trochę się przeliczyłem, bowiem w "Oblężeniu Saleucami" próżno doszukiwać się intymnych rozmów czy wewnętrznych monologów - Quinlan Vos jest człowiekiem czynu. Może to i dobrze, bo bardzo łatwo zepsuć wątki tego typu. Poza tym - to głównie komiks rozrywkowy, gdzie liczne zwroty fabuły i wartka akcja nie pozwalają oderwać się od lektury. Pod tym względem spełnia on swoje podstawowe zadanie - niesie dużą dozę rozrywki. Nie jest dziełem sztuki, ale przecież nie musi nim być.
To samo tyczy się warstwy graficznej - typowe, klasyczne plecy banthy (że tak zażartuję), do tego z poprawnie nałożonym kolorem. Solidna, rzemieślnicza robota.
Polecam ten komiks - w moim prywatnym rankingu jest najlepszą historią opublikowaną dotychczas w Wydaniach Specjalnych.

Scenariusz: John Ostrander
Rysunek: Jan Duursema
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 96
Cena: 9,99 zł
Dostepność: Kioski, Empiki

środa, 26 maja 2010

Do poczytania... Homo bimbrownikus

http://www.salonkulturalny.pl/wordpress/wp-content/uploads/2009/08/homo-bimbrownikus.jpg

Ilekroć podchodziłem do pisania niniejszej recenzji, zastanawiałem się, w jaki oryginalny sposób mam przekazać czytającemu tego bloga ogółowi (całe 8 osób - pozdrawiam!) jak bardzo zła jest to książka. Próbowałem silić na wariant prześmiewczy (wiecie, te złośliwe metafory), snobistyczny (używanie słów, których znaczenia nie rozumiem - podobnie jak 99% społeczeństwa) i nawet pieniacki (dużo inwektyw, w tym przypadku akurat całkowicie uzasadnionych). Ale nie dałem rady - ten chłam nie jest wart, by się dla niego gimnastykować.
Trzeba przyznać, że Pilipiuk miał dobry pomysł na postać - pijak, emerytowany wykolejeniec, kłusownik i cywilny egzorcysta przeżywający zadziwiające przygody mógł się sprzedać. I sprzedawał się - aż do poprzedniego tomu, który nie był niczym więcej, jak tylko podstępnym sposobem na wyciągnięcie kasy od niczego niepodejrzewającego klienta. Podobnie jest i w tym przypadku. Opowiadania są do bólu wtórne - Wędrowycz po raz kolejny umyka pod ostrza kosy Śmierci, podróżuje w czasie, walczy z rozmaitymi bytami bionekrotycznymi i przedstawicielami zaginionego ogniwa z Dębinki. Popłuczyny po popłuczynach, kolejne pomysły wałkowane po raz nie wiadomo który. Owszem, od czasu do czasu pojawiają się nowe koncepty, ale są one tak bzdurne i infantylne, że zamiast śmiechu budzą zażenowanie.
Konstrukcją książka przypomina poprzedni tom "Wieszać każdy może". Mamy tu kilka krótkich opowiadań zajmujących jakieś 30% tomu. Reszta zapchana jest bzdurną, idiotyczną mikropowieścią o pościgu wojsławickiego awanturnika za zbiegłym szamanem małpoludów z Dębinki. Nie wiem, co zażywał autor podczas pisania tego potworka, ale niechybnie było to straszne świństwo. Kto o zdrowych zmysłach może twierdzić, że motyw równoległego świata, w którym wikingowie dokonują szturmu na supermarket jest fajny?
Jakub Wędrowycz miał szansę zostać bohaterem kultowym - jak wiedźmin albo Zagłoba. W rękach pisarza obdarzonego choćby minimalną dozą talentu i szacunku do czytelnika tak na pewno by się stało. Niestety, antytalencie w osobie Wielkiego Grafomana zabiło wszelką finezję i olbrzymie możliwości rozwoju postaci. W tym momencie moja znajomość z Wędrowyczem zostaje zakończona.
A książka to nic nie warty chłam i ewidentny skok na kasę. Nie kupować.

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 8/2009
Seria wydawnicza: Bestsellery polskiej fantastyki
Liczba stron: 360
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7574-188-9
Wydanie: I
Cena z okładki: 32,90 zł

wtorek, 25 maja 2010

Do poczytania... Prowadź swój pług przez kości umarłych

http://www.wydawnictwoliterackie.pl/okladki/1981.jpg

Olga Tokarczuk ma wielu fanów, którzy złego słowa nie dadzą powiedzieć o swojej ulubienicy. Tym wszystkim przyjemniaczkom radzę olać niniejszą recenzję i od razu zacząć bluzgać w komentarzach, bo "Prowadź swój pług..." jest dla mnie książką zwyczajnie słabą i nie mam zamiaru się z tym kryć.
Główną bohaterką powieści jest Janina Duszejko - zdziwaczała, posunięta już w latach nauczycielka angielskiego, trudniąca się przed laty budową mostów, miłośniczka astrologii i zagorzała ekolożka, zamieszkała w małej miejscowości w Dolinie Kłodzkiej. To właśnie z jej perspektywy obserwujemy, jak rozwija się intryga - oto kolejni mieszkańcy giną w tajemniczych okolicznościach. Zamordowanych łączy jedno - wszyscy w jakiś sposób powiązani byli z pobliskim kołem łowieckim...
Teraz będzie ta część z narzekaniem.
Tokarczuk ma zwyczaj budowania w swoich książkach pewnego rodzaju napięcia - mnogość wątków i motywów każą nam oczekiwać na zaskakującą, zmuszającą do przemyśleń konkluzję. Która nie następuje. Petarda syczy, ale kiedy lont spala się cały - piard, brum, niewypał. Nie przeszkadzało mi to w "Prawieku", zaczęło gdzieś na etapie "Domu dziennego, domu nocnego", po którym stwierdziłem, że autorka cały czas umiejętnie udaje, że ma coś ciekawego do powiedzenia, ale nigdy nam tego nie mówi. I może to jest jakiś sposób, bo jak na razie wszyscy się na to łapią. Nie muszę oczywiście dodawać, że na "Prowadź swój pług..." ciąży ten sam grzech.
Pomijając to, książka jest uroczo nudna - czyta się to z przyjemnością, mimo, iż niemal nic się nie dzieje. Nawet antypatyczna, niedająca się lubić główna bohaterka nie psuje tego obrazu. Tu daję książce plus - lektura jest odprężająca, autorka potrafi sprawnie władać językiem. Denerwuje co prawda fatalnie poprowadzona agitka na cześć ekologii - potępiające kontrolny odstrzał zwierząt slogany, jakie Tokarczuk wkłada w usta swojej bohaterki są równie żenujące, co ekolodzy przykuwający się łańcuchem do ostatniego egzemplarza przędziorka długolistnego.
Fani Tokarczuk łyknął bez popitki, fani kryminału skuszeni notą na tylnej okładce nie doczytają do połowy, reszta przełknie bez większych dolegliwości. Mimo to, "Prowadź swój pług..." nie sprawdza się w żadnym aspekcie. Jako moralitet - nie zmusza do przemyśleń, jako kryminał - nie wciąga. Nie rozumiem zachwytów nad tą książką i dziwi mnie, że coś takiego zostało nominowane do Nike. Naprawdę nie było lepszych książek?

Autor: Olga Tokarczuk
Liczba stron:
316
Nr wydania:
1
Rok wydania:
2009
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Literackie
ISBN:
9788308043974
Okładka:
miękka
Wymiary:
12.5x19.5