wtorek, 11 maja 2010

Frank Frazetta nie żyje

http://frankfrazetta.org/ff_silver_warrior.jpg
10 maja 2010 roku zmarł Frank Frazetta - legendarny (tak, to słowo wybitnie tutaj pasuje) ilustrator książek, filmów, płyt. Człowiek, który zdefiniował m.in Conana Barbarzyńcę i Kane'a - ikony heroic fantasy. Człowiek, którego nazwisko zna praktycznie każdy fan fantasy na całym świecie.

[']

niedziela, 2 maja 2010

Jazda dowolna cz. 7

Klasyka sama w sobie - australijski zespół Dead Can Dance z pewnością znany jest wszystkim miłośnikom tak zwanej muzyki świata. Truizmem byłoby stwierdzenie, że każda płyta nieistniejącej już formacji to kolejny eksperyment. Warto znać, polecam.


Znany z Surrealnych Przygód Edwarda Allana Poo rysownik Thomas Boatwright prowadzi devianta na którym obejrzeć możemy jego prace. A jest co oglądać - lekkość kreski przywodzi na myśl Skottiego Younga, choć Boatwrigh ma swój własny, unikalny styl.

A odnośnie tego klipu nie powiem ani słowa. Po prostu polecam obejrzeć, przetrawić go sobie, może coś tam przemyśleć. Na wypadek, gdyby komuś nie chciało się szukać, podaję też adres drugiej części filmu. That's all, folks! Do zobaczenia za kilka dni, kiedy postaram się wrzucić dwie bardzo zjadliwe recenzje dwóch słabych książek.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Jazda dowolna cz. 6

Dziś będzie nietypowo, bo w stylu Motywu (tak, tak, bardzo chciałbym mieć takiego fajnego/poczytnego bloga, zazdroszczę, naśladownictwo formą uznania etc., etc.). Do rzeczy.


Prezydent nie żyje. Jest mi żal rodzin ofiar katastrofy lotniczej, nie zamierzam jednak popadać z tego powodu w czarną depresję czy obnosić się ze swoją rozpaczą. Ot, odnotowuję, składam kondolencje i wyrażam smutek.


Nowa Fantastyka ma nową stronę internetową. Na chwilę obecną witryna jest jeszcze mało funkcjonalna (w sensie - brak szpanerskich bajerów), ale nie można odmówić jej czytelności. Największą rewolucję stanowi możliwość dodawania przez użytkowników własnych materiałów (opowiadań, publicystyki). Ptaszki ćwierkają, że redakcja będzie w ten sposób wyłapywać młode talenty, ja jednak jestem sceptykiem - na razie dodawanie tekstów jest moderowane zaledwie kosmetycznie (usuwanie bełkotu - tak; usuwanie grafomani - już nie), a z doświadczenia wiemy, że coś takiego z reguły szybko zmienia się w internetowy śmietnik.


Najnowszy odcinek South Parku w typowy dla tego serialu sposób wyśmiewa Facebooka i Czatruletkę. Mnie bardzo denerwują ludzie nagminnie smęcący o swojej farmie na FB, a społeczne wykluczenie wynikające z braku profilu na serwisie społecznościowym nie jest wcale aż tak dalekie od tego, co widzimy w tym odcinku kreskówki.


Komiksowa Warszawa NIE zostanie odwołana z powodu żałoby narodowej. I tego się trzymajmy. Początkowo trochę bałem się, czy żałoba nie sprawi, że festiwal trzeba będzie przełożyć (albo nawet odwołać), na szczęście organizatorzy stosunkowo szybko rozwiali wszelkie wątpliwości - Komiksowa Warszawa odbędzie się zgodnie z planem, jedynie rozkład jazdy uległ pewnym modyfikacjom - wernisaże zostały przełożone. Do zobaczenia na festiwalu. Haku, stawiasz mi piwo. Update: Wg nieoficjalnych jeszcze wiadomości festiwal został jednak przełożony o tydzień.


Pamiętacie jeszcze Kawałek Kulki? Podpowiem - skrzyżowanie punk rocka z poezją śpiewaną, dobrze przyjęta pierwsza płyta, miłe dla ucha wokale, skrzypce i sympatyczne teksty. Na MySpace można już od jakiegoś czasu wysłuchać singla promującego ich nowy krążek zatytułowany "Noc poza domem/error". Premiera już 12 kwietnia i, jeśli nowa produkcja Karotki dorówna debiutowi, wiem już, czego będę słuchał jadąc na KW.


Dwójkowy koncert "Zrozumieć Polskę" można już w miarę legalnie obejrzeć na YouTube. Dlaczego "w miarę"? Ponieważ - mimo, iż film wrzucono na serwer bez błogosławieństwa TVP - szefowa L.U.C.owego magamentu, Matylda Dudek zapowiedziała, że wystara się o protekcje nad klipami. Godne pochwały.


Jeszcze propo Łukasza Rostkowskiego - na jego MySpace'owej luksferze można odsłuchać fragmentu aranżacji przygotowywanej przez artystę i kapelę Brodów do spektaklu "Ibidem" o tragedii katyńskiej. Zapowiada się kolejny bardzo dobry projekt eluce, choć osobiście wolałbym, by artysta wrócił do szaleńczych wyskoków czasoprzestrzenno-paranormalnych, które wyniosły go na szczyt artystycznych.

sobota, 3 kwietnia 2010

Filmograf: Scott Pilgrim vs. Kick-Ass

Na początek - wesołych świąt Wielkanocy.

Do rzeczy.




Dwie mega-nerdowskie superprodukcje w 2010. No nie dam rady.
Nie chcę oceniać na podstawie trailerów, jednak każdy chyba zgodzi się z tym, że oba filmy (zresztą, oba to także ekranizacje komiksów) przedstawiają całkowicie odmienną filozofię geekostwa. O ile Scott Pilgrim vs. the World to maksymalnie przegięta, zakręcona jazda bez trzymanki, o tyle Kopacz Pośladków jest filmem podchodzącym do sprawy w sposób nieco bardziej "realistyczny". Realistyczny oczywiście w cudzysłowu, bo mała dziewczynka w pojedynkę wykańczająca pluton mafijnych przydupasów jest równie prawdopodobna, co latające w powietrzu onomatopeje z trailera Scotta Pilgrima - ale filmy dzieli przepaść, pomimo tej samej grupy docelowej.
Scott Pilgrim vs. The World to raczej pastisz (nie wiem, komiksu nie czytałem), niźli poważna historia (choć nie odmawiam mu bynajmniej szansy, na opowiedzenie ciekawej fabuły). Te wszystkie zapożyczenia z subkultury nerdowskiej, sięganie bezpośrednio do źródeł i wydobywanie z nich samej esencji... To będzie dobre, to się może udać.
Z drugiej strony, Kick-Ass zapowiada się na film cięższy, nieco bardziej na serio (choć bez przesady). Tu nerdostwo jest pokazane z punktu widzenia szarego fana komiksów, który w stroju płetwonurka ugania się za chuliganami i jakoś łatwiej mi się z takim chłopakiem identyfikować (ale nie wyciągajcie z tej deklaracji pochopnych i zbyt daleko idących wniosków), a zawieszenie niewiary jest jakieś takie łatwiejsze, już nawet pomijając tę dziewczynkę z katanami. I chyba właśnie na Kick-Assa stawiam w tym pojedynku.
Ano nic - poczekamy, zobaczymy. Jak już mówiłem, nie czas jeszcze na porównania i zestawienia. Oba filmy zapowiadają się wyśmienicie.

piątek, 12 marca 2010

Do poczytania... Star Wars Komiks Wydanie Specjalne #4

http://www.ossus.pl/images/0/00/SWK-WS_General_Grievous.jpg

Kolejny kwartał, kolejne Wydanie Specjalne gwiezdnowojennego magazynu by Egmont. I jak zwykle - nie licząc fatalnej wpadki z drugiego numeru - mamy do czynienia z przyzwoitym komiksem, zero rewelacji ale i przyczepić się nie ma do czego. Nie zrozumcie mnie źle, od komiksu za dychę nie oczekuję rozkoszy wizualnych i intelektualnych na poziomie Andreasa, ale jednak panowie Drewnowscy mogliby bardziej postarać się przy wyborze prezentowanych na łamach magazynu historii.
Nic to jednak, cieszmy się tym, co mamy. A mamy całkiem zgrabnie skonstruowaną fabułę, której głównym bohaterem nie jest, wbrew pozorom, generał Grievous (choć, oczywiście, sztandarowy killer Jedi pełni tu ważną rolę). Historia kręci się wokół padawana Flynna Kybo, którego poznajemy podczas próby odbicia z rąk Separatystów senatora Quiyyena. Podczas akcji mistrz głównego bohatera ginie z rąk Grievousa. Rozgoryczony biernością Rady Flynn bierze sprawy w swoje ręce i zamierza osobiście wyznaczyć sprawiedliwość. W dokonywaniu zemsty pomaga mu dwójka Jedi - Mistrz B'dard Tone i padawan Codi Ty. Tymczasem Grievousowi udaje się pojmać grupę młodych padawanów, których ma zamiar przerobić na własny obraz i podobieństwo, tworząc tym samym idealnych wojowników.
Tyle na temat fabuły. Nie jest ona jakoś specjalnie interesująca, ale ma dużą zaletę - jest czytelna. Kiedy się tłuką, bez trudu orientujemy się, kto, z kim i dlaczego. Problem polega na tym, że do postaci trudno jest nam się przywiązać, toteż ich perypetie nie robią na nas żadnego wrażenia. Ktoś tam ginie, ktoś coś przeżywa, ale czytelnika nie za bardzo to interesuje. Nie wiem, czym to jest spowodowane - pewnie tym, że scenarzysta, Chuck Dixon, nie pokusił się o rozwinięcie portretów psychologicznych postaci. Bohaterowie mają wykonać swoje i odejść w siną dal/umrzeć (niepotrzebne skreślić).
Grafika stoi na średnim poziomie. Kreska Ricka Leonardiego może się podobać, ale mnie osobiście denerwuje niechlujny drugi plan - jakby to, co dzieje się w tle nie powinno obchodzić czytelnika. Dla równowagi, olbrzymi plus dla kolorysty, który żywą paletą barw wlał trochę klimatu do tego przeciętniaka.
Generalnie znalazłem ten komiks poprawnym - ale nic więcej. Jego lektura nie sprawiła mi przykrości, choć nie dostarczyła też oczekiwanej dawki rozrywki.
Jednorazowe czytadło, które po przekartkowaniu kończy swój żywot na półce.


Scenariusz: Chuck Dixon
Rysunek: Rick Leonardi
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 96
Cena: 9,99 zł
Dostepność: Kioski, Empiki

sobota, 27 lutego 2010

Felieton okazjonalny - Książki z duszą



Wzięło mnie ostatnio na przemyślenia dotyczące książek. Nie ich treści, tylko formy. Z pewnością wiele zaglądających na tego bloga osób zna niepodważalny urok starych, wypożyczonych z biblioteki książek - tych oklejonych brązową taśmą, z podklejoną okładką, siną, rozmazaną pieczątką, przetartym zagięciem skrzydełka okładki i wylatującymi gdzieniegdzie stronami. Biorąc do ręki taki sfatygowany egzemplarz książki w jakiś niepojęty sposób czujemy podświadomą łączność z ludźmi, którzy kiedyś ją czytali. Dzięki takim stygmatom książki biblioteczne z czasem nabierają niesamowitego uroku, stają się czymś unikalnym. Nie zachęcam tu bynajmniej do świadomej dewastacji. Każdy, kto choć raz miał w ręku taką książkę zrozumie o co mi chodzi.
Kolejną sprawą są przedmioty znajdowane pomiędzy kartkami wypożyczonych egzemplarzy - stare bilety tramwajowe, paragony, nawet liściki miłosne - te prowizoryczne zakładki zapomniane przez poprzednich czytelników też są czymś niezwykłym. To ślady ludzi, których być może kiedyś minęliśmy na ulicy, ludzi których nie znamy i pewnie nigdy nie poznamy - obcych, ale jednocześnie bliskich poprzez fakt czytania książki, którą właśnie mamy w rękach.
Lubię klimat starych bibliotek - ciasnych przybytków literatury umieszczonych w przedwojennych kamienicach. Takich, do których wchodzi sie przez skrzypiące drzwi (wszyscy wiedzą, że drzwi biblioteki powinny skrzypieć ciszej, niż furtka cmentarza, ale głośniej, niż drzwi do antykwariatu - które z kolei obowiązkowo powinny mieć zainstalowany staroświecki dzwoneczek przy każdym otworzeniu drzwi robiący "TING! TING!"). Takich, w których można bez przeszkód snuć się pomiędzy długimi rzędami półek w poszukiwaniu czegoś, co nas zainteresuje wdychając przy okazji upajający zapach starego papieru. Te nowoczesne molochy obsługiwane przez bezdusznych urzędników bibliotecznych wydających nam książki w ogóle do mnie nie przemawiają - świątynia słowa zmieniła się w supermarket.
Nie walczę jednak z takim stanem rzeczy - w dobie Internetu biblioteki w naszym pojęciu odchodzą w zapomnienie. Z chwilą popularyzacji e-papieru w ogóle stracą rację bytu - interesującą nas książkę będzie można wszak błyskawicznie pobrać z olbrzymiej bazy danych. Smuci mnie to, ale nie walczę z takim stanem rzeczy. Z pewnością tysiąc lat temu jakiś proto-Misiael też narzekał "Kiedyś wystarczały nam opowieści starych ludzi, z chwilą wynalezienia bibliotek te piękne historie zostały zastąpione przez bezduszne książki.". Może więc nie będzie tak źle, może i "bezduszne" pliki tekstowe nabiorą ducha? Nie bardzo sobie to wyobrażam, ale kto wie? Tymczasem jednak cieszę się istniejącymi jeszcze prowincjonalnymi bibliotekami, ich unikalnym klimatem i czarem.

niedziela, 14 lutego 2010

Do poczytania... Blame!



Nie lubię mang. Nie wiem czemu, ale japońska stylistyka komiksowa po prostu do mnie nie przemawia, charakterystyczne dla mang elementy jakoś uniemożliwiają mi zawieszenie niewiary i wciągnięcie się w świat przedstawiony.
Z "Blame!" jest jednak nieco inaczej. Tsutomu Nihei, Autor tej dziesięciotomowej mangi od zawsze fascynuje się kulturą Starego Kontynentu. Legitymuje się też dość specyficznymi, jak na mangakę, kwalifikacjami - studiował architekturę, a później pracował dla amerykańskiej korporacji. Jako artysta także nader chętnie współpracował z jankesami - stworzył dla nich komiksowe rozwinięcie świata popularnego FPSa Halo oraz autorską miniserię "Wolverine. Snikt!" której recenzję swego czasu machnąłem dla Esensji.
O "Blame!" usłyszałem przypadkiem, opowiadał mi o niej w kontekście "szczytowego osiągnięcia w dziedzinie cyberpunku" (cytat z pamięci, ale dość wierny). Jako fan cyberpunku zaciekawiło mnie to, choć nie na tyle, bym jakoś specjalnie szukał okazji do zapoznania się z komiksem. Okazja jednak pojawiła się sama i po pierwszych kilkunastu stronach uznałem, że muszę się z tym zapoznać.

http://greathesit.files.wordpress.com/2008/03/b1.png

Zapomnijcie o rozsądku. Zapomnijcie o wcześniejszych cyberpunkowych dziełach. "Blame!" wynosi tę gałąź science-fiction na zupełnie inny poziom, choć w sumie nie pokazuje w tej materii niczego nowatorskiego. Mamy bowiem zdruzgotany, post-apokaliptyczny świat, enigmatycznego bohatera wyposażonego w potężny pistolet, po który niejednokrotnie sięga w krytycznych sytuacjach, cyborgi, androidy, istoty krzemowe, komputery... A jednak manga faktycznie jest nowatorska i na swój sposób przełomowa. Kiedy widzimy zapierające dech w piersiach budowle, niesamowite, dynamiczne akcje czy zapomnianą maszynę, która cały czas automatycznie produkuje klony - już wiem, już mamy pewność, że natrafiliśmy na coś unikatowego.
Jak już wspominałem - zapomnijcie o rozsądku. "Blame!" to epicka opowieść bez wstępu, rozwinięcia i zakończenia, cyberpunkowa odyseja tajemniczego Killy'ego, który poszukuje osoby z genami terminalowymi - tylko wyposażony w nie człowiek jest w stanie przerwać niekontrolowany rozrost miasta, za który odpowiedzialne są uruchomione przed wiekami maszyny. Roboty te, zwane Budowniczymi, przez całe lata (milenia?) nieprzerwanie dobudowują kolejne segmenty olbrzymiego megapolis. Gargatuniczna aglomeracja już dawno pokryła całą planetę, teraz wzrasta w górę, pochłaniające nawet księżyc.
I wciąż rośnie.

http://img26.imageshack.us/img26/3043/blame2192193.jpg

Główny bohater - mężczyzna o imieniu Killy - jest cichy i rzadko się odzywa. Ożywia się jedynie podczas walk, kiedy to sieje spustoszenie za pomocą grawitacyjnego emitera promieni - najpotężniejszej broni, jaką było mi dane zobaczyć. Ten niepozorny pistolecik wypluwa z siebie promień robiący olbrzymie dziury nie tylko w przeciwnikach, ale i znajdujących się za nimi ścianach. Killy jest zupełnie amoralny - tak jak i pozostali bohaterowie "Blame" - dobro i zło są dla niego pojęciami kompletnie abstrakcyjnymi. Ma swój cel i konsekwentnie go wypełnia, inne sprawy są dla niego zupełnie nieważne. Mimo ludzkiej powierzchniowości, jest dla nas równie obcy jak zamieszkujące świat androidy i bezduszni Strażnicy.
Killy nie jest samotny podczas swej podróży - z czasem przyłączają się do niego inne, nie mniej fascynujące postacie. Cibo - dawny naukowiec, porzucona gdzieś w odmętach popadających w ruinę laboratoriów, która dzięki Killy'emu odzyskuje ciało. Słodka i niewinna (do czasu) Sakaan. Wszystkie napotkane osoby budzą w nas niepojętą fascynację - kiedy obserwujemy ich zachowanie, tak różne od naszego, kiedy widzimy ich irracjonalne (dla nas) zachowania (które zawsze okazują się mieć jakiś pokrętny cel) po prostu musimy wiedzieć, jak dalej potoczą się ich losy. Ale największe wrażenie zrobił na mnie Strażnik Dhomochevsky. Ta jego niesamowicie realistyczna twarz (w połączeniu z niesamowicie nierealistyczną, typowo mangową fryzurą), ten błysk w jego oku, ten dziwny wyraz twarzy mówiący "Możesz mnie wgnieść w ziemię, rozwalić na kawałki i polać napalmem, ale ja i tak jakoś się pozbieram i cię zniszczę." sprawiają, że nie jego poczynania śledziłem z nieludzkim wręcz skupieniem i intensywnością.

http://img27.imageshack.us/img27/2488/blamev10c64p160.png

Rysunki są po prostu niesamowite. Nihei bawi się tu konwencją cyberpunku pokazując nam ciasne i duszne korytarze, zaułki, zdewastowane budowle, windy, pociągi i maszyny, które działają już tylko na słowo honoru... Tym bardziej w tym gęsto zabudowanym świecie dziwią bezkresne przestrzenie, olbrzymie hale i kosmiczna pustka wraz z występującymi w niej osamotnionymi artefaktami.
Design postaci - zwłaszcza tych niehumanoidalnych - poraża i zachwyca. Każda występująca w tym onirycznym komiksie istota jest pomysłowo zaprojektowana i ZAWSZE starannie narysowana. Nihei wielokrotnie wspominał, że w swojej twórczości pełnymi garściami czerpie z europejskich twórców - i to widać. W pieczołowitości w ukazywaniu szczegółów Japończyk zdaje się prześcigać nawet Andreasa! Choć mogą to być tylko moje pobożne życzenia, to wydaje się, iż Nihei fascynuje się, między innymi, naszym rodzimym malarzem, Zdzisławem Beksińskim. Tak jak i świętej pamięci artysta, mangaka kreuje obcy, jednocześnie fascynujący i przerażający świat. Cieniowanie miejscami jak żywo przypomina te z obrazów Beksińskiego. Nie brak też i wyraźniejszych nawiązań - porównajcie, proszę, jeden z kadrów prequela do "Blame!" pod tytułem "NOiSE!" z chyba najpopularniejszym obrazem Beksińskiego. Podobnie i metalowe słupy z samego "Blame!" po prostu muszą się kojarzyć z innym malowidłem Polaka. Owszem, nie wykluczam przypadku - ale nie wierzę, by nie było to świadome nawiązanie.

http://img509.imageshack.us/img509/6091/blamev3028029.jpg

"Blame!" to przełom. Możliwe, że najlepszy komiks, jaki w swoim życiu przeczytałem. Choć niemal zupełnie pozbawiony fabuły, mimo nie dających się lubić postaci i kompletnie niezrozumiałej fabuły - manga zabija klimatem, czyta sie ją z autentycznymi ciarkami na plecach. To autentyczne, pięciowymiarowe dzieło, którego my, jako istoty trójwymiarowe, nie mamy nawet szansy zrozumieć - co nie przeszkadza nam się nim zachwycać. Kiedy czytasz "Blame!" to z jednej strony czujesz się pusty, wyalienowany, w głowie roi ci się od myśli, że - choć odczuwasz cierpienie postać - nie potrafisz go pojąć. Widzisz samotność głównego bohatera, jego zagubienie w przeogromnym świecie - i nagle sam zaczynasz odczuwać tę samotność, tyle tylko że ty, w przeciwieństwie do Killy'ego nie masz tarczy w postaci kompletnego, zdaje się, braku uczuć. I zaczynasz się trząść. Po raz pierwszy w życiu odczułem coś takiego podczas lektury tego komiksu. Coś niesamowitego.
"Blame!" nie jest dla każdego. Ale ta grupka, która da się porwać niesamowitemu światu, pokocha ten komiks.