czwartek, 30 grudnia 2010

Drużyna



Trudno mi jest powiedzieć coś o produkcji filmu, który z jednej strony wydaje się być czystym kuriozum, z drugiej zaś może się okazać czymś zbawiennym dla polskiej kinematografii fantasy składającej się jak do tej pory z jednej tylko produkcji, o której wszyscy chcą jak najszybciej zapomnieć, toteż jej nazwa ani razu nie padnie w tym tekście.
Czym więc jest "Drużyna"? Offowym projektem, w którym siły łączą zarówno debiutanci, jak i stare wygi. Próbą stworzenia filmu spod znaku miecza i magii, której nie będziemy musieli się wstydzić. Historia będzie do bólu sztampowa - twórcy nie próbują na nowo odkrywać gatunku, a stworzyć film, przy którym przyjemnie zabijemy trochę czasu. Za reżyserię "Drużyny" odpowiada Szymon Szymański, twórca filmów animowanych dla dzieci i pracownik Eurocom Studio. W sumie trudno powiedzieć o tym filmie coś więcej - produkcja nie ma nawet własnej strony internetowej, za wsparcie medialne odpowiada u nich strona Nowej Fantastyki i tam właśnie radziłbym szukać bliższych informacji. Mnie zaś wypada przyklasnąć tej idei i trzymać kciuki, by twórcom wystarczyło zapału i werwy do pomyślnego ukończenia projektu.

czwartek, 16 września 2010

Wiadomości: Nadchodzi Mordor...

http://images3.wikia.nocookie.net/__cb20051015115961/nonsensopedia/images/6/6a/Mordor.png

Popularne wśród fanów fantasy Radio Rivendell wpadło w spore kłopoty. Otóż ta niekomercyjna, utrzymująca się jedynie z dobrowolnych wpłat stacja została namierzona przez amerykańską organizację SoundExchange zajmującą się kontrolowaniem przepływu gotówki wynikającego z regulowania należności związanych z prawami autorskimi (prościej - coś jak nasz ZAIKS). Okazało się, że szefostwo RR nie wypłaca tantiemów artystom, których utwory odtwarzane są "na antenie" rozgłośni. Sprawa jest nielicha, bowiem na dzień dzisiejszy w bazie radia znajduje się przeszło 6 tyś. utworów muzycznych pochodzących z ponad czterystu albumów - przeważnie komercyjnych. Może się skończyć - w najgorszym przypadku - zamknięciem Radia, bowiem SE żąda miesięcznego haraczu, którego suma jest większa, od rocznego wpływu z datków, tak przynajmniej twierdzi szef RR ukrywający się pod pseudonimem Elrond. Patrząc, jak to wygląda choćby u nas, wygląda na to, że właściciele albo będą musieli diametralnie przeformułować profil radia (odtwarzać jedynie utwory, których twórcy pozwolili na to w ramach "dozwolonego użytku") albo pójść na jakąś ugodę (wrzucić na stronę i "antenę" reklamy, dzięki którymi zarobią na comiesięczną opłatę). Pozostaje też trzecia droga - spakować manatki, choć nie chce chyba nikt, a zwłaszcza słuchacze, do których i ja się zaliczam. Cała sprawa to kolejna cegiełka w długim murze sporów o granice dozwolonego użytku materiałów komercyjnych. Mona się zżynać na pazerność twórców, którzy ciągle każą sobie płacić za to samo, ale prawda jest taka, że silniejszy zawsze nakopie słabszemu, zwłaszcza, gdy - tak jak w tym przypadku - ma po swojej stronie prawo.
Sprawa ma zresztą drugie dno, bowiem główny serwer Radia Rivendell stoi w Szwecji, więc w sumie sprawą powinny zająć się tamtejsze organa, a nie organizacja de facto amerykańska. Jeśli z tego całego bałaganu wyniknie coś konkretnego, nie omieszkam skrobnąć o tym kolejnej notki, bo podejrzewam, że pośród czytelników Trendyzatora znajdzie się parę osób, które - podobnie jak ja - lubią od czas do czasu zapuścić RR.

czwartek, 9 września 2010

Felieton okazjonalny. O komiksach w kioskach

http://www.film.gildia.pl/_n_/komiks/prasa/fantasy-komiks/5/okladka-600.jpg http://valkiria.net/uploads/pic/komiks/s_star_wars_komiks_ws_3.jpg http://www.imago.com.pl/images/99565_19556.JPG http://sw-extreme.com/userfiles/image/Star%20Wars%20Komiks/Star%20Wars%20Komiks%20-%20sierpien%202009.jpg

Wszystko idzie ku lepszemu. Co prawda tu i ówdzie trąbi się o zapaści rynku komiksowego w naszym kraju, ale ja widzę to nieco inaczej - Egmont powolutku przenosi ciężar wydawanych przez siebie pozycji z ekstremalnie drogich ekskluzywów na tani komiks dla każdego. Do tej pory wstrzelił się w rynek z Star Wars Komiks. 6 PLN za comiesięczną dawkę mieczy świetlnych, Mocy i międzyplanetarnej naparzanki w odległej galaktyce. Wygląda na to, że wypaliło, bo oprócz miesięcznika zdecydowano się wyjść z rozszerzoną wersją w postaci kwartalnika o podwojonej objętości i cenie 10 PLN za 100 stron. Tu też obyło się bez katastrofy, bo Star Wars Komiks - Wydanie Specjalne trzyma się do dziś. Zyski obu serii musiały być co najmniej zadowalające, skoro Kołodziejczak zdecydował się rozszerzyć ofertę "taniego komiksu w każdym kiosku" o miesięcznik Fantasy Komiks. Tu Egmont mógł się nieźle przejechać. FK jest dość obszerny, a co za tym idzie - dość drogi. do tego częstotliwość ukazywania się mogła wydawać się przesadzona nawet największym optymistom. Przeciętny czytelnik może wydać 6 złotych co miesiąc. Tym bardziej może szarpnąć się od czasu do czasu na dziesięciozłotowy komiks. Ale miesiąc w miesiąc wydawać 20 zł? Osobiście byłem pewien obaw - nadal jestem, choć już nieco mnie, bo wygląda na to, że Fantasy Komiks radzi sobie w kioskach równie dobrze, co jego starci braci spod znaku Star Wars. Sam kupuję zarówno FK, jak i SWK:WS (z gwiezdnowojennego miesięcznika zrezygnowałem jakiś czas temu) i trzymam kciuki za obie te serie.
Jakby tego było mało, pewien czas temu w kioskach zagościła kolejna seria - Komiksowe Hity. Wbrew nazwie, nie ukazują się w niej bestsellerowe produkcje spod znaku panelów i dymków, a komiksy nawiązujące do popularnych filmów i gier. Czy ten kwartalnik przyjmie się na naszym rynku? Zobaczymy za jakieś pół roku.
A i to jeszcze nie koniec - w kuluarach przebąkuje się o kolejnym "tematycznym" miesięczniku. Póki co konkretów brak, ale patrząc na dotychczasowe działania wielkiego E, nie byłoby to niczym zaskakującym.
Konkluzja, siłą rzeczy musi być następująca - coś drgnęło. Może Egmont w "zeszytówkach" szuka wyjścia z impasu, w jaki wpadł polski rynek komiksowy - rynek drogich wydań dla kolekcjonerów, którzy nie są zbyt liczną grupą nabywczą. Byłoby to dość rozsądne zachowanie. Do niedawna pomiędzy Kaczorem Donaldem, a Sandmanem istniała przepaść, która skutecznie utrudniała zainteresowanie komiksowym medium młodzieży. Dziś mamy Star Wars Komiks, Fantasy Komiks, Komiksowe Hity... Czy to coś da? Czy wydawcy (w tym wypadku jeden konkretny wydawca) wychowają sobie w ten sposób nowe pokolenie fanów? Mam gorącą nadzieję, że tak - inaczej czekają nas naprawdę niewesołe czasy.

wtorek, 7 września 2010

Ludzie Godziny Czwartej. Done.

http://img705.imageshack.us/img705/8819/cityoffire11.jpg
fragment grafiki autorstwa Joshuy Middletona, po całość zapraszam tutaj.

Choć może powinienem o tym napisać na Pamiętniku (dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą - drugi mój blog na którym wylewam swoje żale w chwilach, gdy mój mózg przegrywa walkę z rzeczywistością), ale, jako że na Trendzatora zagląda więcej osób, ten news ląduje właśnie tutaj. Otóż chciałem wszem i wobec pochwalić się, że ukończyłem powieść o Ludziach Godziny Czwartej, których mieliście okazję poznać zarówno na stronie internetowej Nowej Fantastyki, jak i na papierze, w lipcowym wydaniu tegoż pisma.
Oczywiście nie oznacza to sielanki i strzelania korków od szampana. Teraz czeka mnie żmudna praca nad własnym tekstem, wyłapywanie bzdur, idiotyzmów i sprzeczności, ciągłe przepisywanie, skreślanie, przestawianie, kombinowanie i tak dalej. Tym niemniej, najcięższą pracę mam już za sobą - cały proces autoredakcji powinien zakończyć się jeszcze przed nastaniem roku akademickiego. Potem okaże się, czy ktoś będzie chciał zapłacić za moje bujanie w obłokach. Jeśli tak się stanie, nie omieszkam Was o tym powiadomić.

piątek, 3 września 2010

Filmograf - Haven

http://i27.tinypic.com/143err4.jpg

Na pierwszy rzut oka - kolejny klon nieodżałowanego X-Files dla ubogich. Na drugi to samo, tylko bardziej i ze wsparciem w postaci powiązania fabuły serialu z Colorado Kid - jedną z książek Stephena Kinga. Książki nie czytałem, co jednak nie przeszkadzało mi z przyjemnością obejrzeć pierwsze odcinki serialu Haven.
Po kolei. Akcja serialu toczy się w tytułowym miasteczku, w którym wiele lat temu panowały Kłopoty - czas, gdy działo się wiele naprawdę dziwnych rzeczy. Agentka federalna Audery Parker przybywa do Haven tropem groźnego przestępcy, który krótko po dotarcia do miasta ginie w tajemniczych okolicznościach. Audery łączy siły z miejscową policją w osobie Nathana Wuornoa, nieco enigmatycznego mężczyzny cierpiącego na niezwykłą przypadłość - Nathan nie odczuwa bólu. Każdy odcinek to kolejna sprawa, którą rozwiązuje ta dwójka - Audery postanowiła zostać w Haven, by zbadać dawną sprawę niejakiego Colorado Kida. Oczywiście, ma swoje powody. Na zdjęciu z archiwalnego numeru gazety opisującej tę sprawę Audery zauważyła kobietę niezwykle do nie podobną.

http://www.syfy.com/haven/images/photos/cast/02.jpg

Pilot serialu nastraja nas doń bardzo optymistycznie. Serial jest wciągający, główna bohaterka ma cięty język i nie sposób jej nie polubić, a także poznajemy Duke'a - wyszczekanego szmuglera, który swoim łobuzerskim urokiem kradnie dla siebie większość scen, w jakich się pojawia. Zagadka jest tajemnicza, jednak akcja przebiega dość schematycznie. Nie psuje nam to jednak dobrego wrażenia. Schody zaczynają się dopiero w okolicach trzeciego, czwartego odcinka - schematyczność i pewna przewidywalność daje się we znaki, co może zniechęcić mniej cierpliwych oglądaczy, zwłaszcza, że cięty język Audery nagle się stępia, a wywołujące uśmiech one-linery, którymi na lewo i prawo rzucała w pilocie, w dalszych odcinkach występują w ilościach laboratoryjnych. Jakby tego było mało, główny wątek - poszukiwanie informacji o tajemniczej kobiecie ze zdjęcia - strasznie się ślimaczy, co zamiast zainteresowania powoduje frustrację.

http://4.bp.blogspot.com/_0KRN69leV-Q/Sw2yLoiu7SI/AAAAAAAAHVE/xhwY2mExnjI/s1600/friday-night-lights-the-son-2.jpg

Do tej pory w sumie narzekałem na ten serial, tym niemniej zapewnił mi on (i dalej zapewnia, bo dobiłem dopiero do połowy pierwszego sezonu) całkiem sporo dobrej zabawy. Jeśli kogoś przytłaczał ciężki klimat X-Files, tu mogą nieco odsapnąć - zdecydowana większość scen kręcona jest w pełnym świetle, najczęściej w przepięknych plenerach (kolejny niekwestionowany plus tej produkcji). Kreacje aktorskie wypadają przyzwoicie, choć bez rewelacji - najbardziej rozczarowuje Lucas Bryant, aktor wcielający się w rolę Nathana, który najwyraźniej cierpi na porażenie mięśni twarzy uniemożliwiające mu zagranie mimiką. Większość scen snuje się z miną dostojnego wodza Indian, z rzadka uśmiechając się albo unosząc brwi. Za to Eric Balfour, serialowy Duke, to - jak już wspomniałem - najjaśniejszy punkt obsady.
Cóż mogę dodać? Nie jest to produkcja, która zapisze się złotymi zgłoskami w historii, wątpię nawet, czy powstanie drugi sezon. Mimo to, serial jest przyzwoitym zabijaczem czasu, który jednym podejdzie, innych odrzuci. Moim zdaniem warto zaryzykować, bo dla fanów prozy Stephena Kinga Haven będzie niewątpliwą gratką. Spodobają im się subtelne nawiązania poszczególnych fabuł do niektórych książek Króla. Ci uważniejsi wyłapią takie smaczki, jak nazwisko Flagga pojawiające się już w czołówce czy... W sumie tylko to udało mi się wypatrzyć, ale żaden ze mnie kingowy fanatyk. Tak czy inaczej - polecam.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Felieton okazjonalny: Komu słowa do piosenki...?

http://www.sp162.republika.pl/nauczyciele/muzyka.gif

Jak zapewne niektóry z Was pamiętają, dawniej prowadziłem na tym blogu cykliczną rubrykę pod tytułem "Środowa płyta", z której zrezygnowałem, gdy uświadomiłem sobie, że nie potrafię pisać o muzyce, bo się na tym nie znam. Umiem wskazać, czy jakiś utwór muzyczny mi się podoba czy nie, ale to w zasadzie tyle - reszta tamtych "recenzji" to były jakieś puste frazesy.
Mimo to, muzyka to dla mnie ważna gałąź popkultury - na tyle ważna, bym czuł się w obowiązku poświęcić jej nieco miejsca na moim blogu, który wszak przejął nazwę od nieistniejącej już audycji radiowej w nieistniejącej już rozgłośni. Dlatego postanowiłem spojrzeć na muzykę poprzez pryzmat ich tekstów, jako że warstwa liryczna zazwyczaj traktowana jest po macoszemu. Poniższe zestawienie to wybór najciekawszych moim zdaniem płyt polskich zespołów i wykonawców, których teksty w jakiś sposób wyróżniają się w gąszczu grafomańskich wypocin w stylu orła cienia czy sępa miłości.


L.U.C - Haelucenogenoklektyzm - Przypowieść o zagubieniu w czasoprzestrzeni
http://merlin.pl/images_product/24/3681322.jpg

O Łukaszu Rostkowskim można mówić wiele rzeczy, ale naprawdę trudno mu odmówić pomysłowości i otwartego umysłu w kreowaniu nowych światów tak muzycznych, jak i lirycznych. L.U.C. jako tekściarz eksperymentuje jeszcze bardziej, niż jako muzyk - używanie zaskakujących metafor, twórcze wykorzystywanie terminów naukowych przy jednoczesnej spójności całego utworu. Słowa do piosenek L.U.C-a tylko na pierwszy rzut ucha wydają się pseudonaukowym bełkotem, który został skonstruowany tak, by się rymował, niemal zawsze niesie ze sobą jakąś głębszą treść. Sceptykom polecam uważne przesłuchanie jego pierwszej solowej płyty, będącej kroniką podróży po podświadomości autora. Kroniką jak najbardziej zrozumiałą, jeśli tylko uda nam się otworzyć na nowy sposób myślenia, co wcale takie trudne nie jest.



Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach - Ósme Piętro
http://imbd.pl/image/plyta/6/29c94055bb2fe52c39d2fc5b3bc55cb4.jpg

Niektórych może dziwić obecność tego zespołu w tym zestawieniu, spotykałem się bowiem z zarzutami, że liryczne wyczyny Marka Zagańskiego, lidera zespołu, to pierwszej wody bełkot, w którym nawet najbardziej doświadczony krytyk nie doszuka się najmniejszego sensu. Zgadzam się z tym w pełni - sensu w tych tekstach nie ma. Ale po kolei.
Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach zaskakuje. Zaskakuje bezpretensjonalnym podejściem do rocka, ładnym wykorzystaniem wzorców z Wysp. No i tekstami. Bezsensownymi, ale to nie o sens tu chodzi - słowa i związki frazeologiczne są raczej drogowskazami dla świadomości, nie stanowią zwartej, logicznej całości. Są swoistym dopełnieniem muzyki - o ile u większości wykonawców teksty piosenek mogą funkcjonować w oderwaniu od muzyki (dajmy na to - w tomikach poezji) o tyle u kombajnistów to niemożliwe - muzyka i słowa są ze sobą nierozerwalnie zrośnięte, niczym syjamskie bliźnięta. Nie każdemu się to podoba, nie każdy potrafi zrezygnować z prób zrozumienia sensu dla czystej, atawistycznej przyjemności płynącej z kalejdoskopu uczuć, którym jest właściwie każdy utwór Kombajnu. Ale też nie każdemu musi się to podobać, bowiem jest to zabieg na tyle nietypowy, by przyciągnąć i zatrzymać jedynie nielicznych. Choć patrząc liczbę fanów KDZKPW ci "nieliczni" stanowią jednak dość sporą grupę. Ani chybi - magia zespołu.



Koniec Świata - Burgerbar
http://gfx.dlastudenta.pl/photos/muzykaplyty2007/burgerbar.jpg

Co do tego zespołu, na pierwszy rzut ucha (chyba opatentuję ten zwrot) teksty nie wyróżniają się niczym oryginalnym - zwłaszcza w porównaniu z poprzednikami. Są to zwyczajnie teksty na równym, wysokim poziomie. Czym mnie zatem ujęły? Może to zabrzmi głupio, ale... gloryfikacją poprzedniego ustroju. Może nie tyle gloryfikacją, co pewną fascynacją PRL-em, pewna tęsknota za minionym utworem, może nie ukazana dosłownie, co w ogólnych klimatach. Tak jakby chłopaki z Końca Świata na chwilę uwierzyli starszym, którzy twierdzili, że kiedyś było lepiej. ale robią to w przewrotny sposób, jakby mówili: Nie chodzi o to, że kiedyś było lepiej, tylko, że teraz nie jest tak, jak powinno. Więc może powinniśmy się cofnąć i spróbować jeszcze raz?
Być może to spora nadinterpretacja z mojej strony, ale takie właśnie odniosłem wrażenie raz po raz słuchając "Trybuny Ludu", "Bluesa o Robotniczej Krwi" czy szczególnie "1980". I jest w tym coś tak szczerego, że nie waham się ani chwili - teksty piosenek Końca Świata to absolutne mistrzostwo.



Kawałek Kulki - Noc poza domem/Error
http://merlin.pl/Noc-Poza-Domem-Error_Kawalek-Kulki,images_big,13,KR0010.jpg

Nigdy nie gustowałem w naiwnej prostocie, tym bardziej dziwi moja nadspodziewanie wielka sympatia do zespołu "Kawałek Kulki". Teksty ich piosenek zwykle są proste, mało rozbudowane i ograniczają się do wyśpiewywania czterech tych samych wersów przez cały utwór - jak o sobie mówią, zespół Kawałek Kulki gra same refreny. Tym niemniej każdy z tych "refrenów" w jakiś sposób zaskakuje kompozycją, nietypowymi metaforami, nagłym zjazdem na liryczne pobocze - to raczej poezja dla zaawansowanych, niż karczemna przyśpiewka. Króluje minimalizm i wyżej wspomniana już naiwność, która wszelako nie jest infantylna, a nostalgiczna. Widać to szczególnie da drugiej płycie zespołu, gdzie spójność (i nudność) została zastąpiona eksperymentami i twórczym rozwinięciem skrzydeł. Wskazówka w trójkę wbita? Ja to kupuję. Szczytowym osiągnięciem są słowa piosenki kowbojki/miętówka po starej znajomości.



W zestawieniu pominąłem zespoły, które nie potrzebują już żadnej reklamy (CKOD, Muchy, Kult, Streachy na Lachy) choć i o ich tekstach mógłbym napisać wiele dobrego. Do następnego felietonu.

sobota, 24 lipca 2010

Hey, Oscar Wilde!

http://heyoscarwilde.com/wp-content/uploads/2009/09/Gallagher_Gaiman.jpg

Normalnie nie zawracałbym sobie gitary anonsowaniem ciekawego bloga, którego dorwałem w Sieci, a wrzuciłbym go po prostu do blogrolla, ten jednak jest na tyle wyjątkowy, że po prostu należy skrobnąć o nim kilka słów.
Hey Oscar Wilde! It's Clobberin' Time!!! jest zbiorem powiązanych tematycznie rysunków, których autorami są największe tuzy komiksu amerykańskiego i nie tylko. Grafiki łączy jeden motyw przewodni - literatura. Oto twórcy na co dzień zajmujący się rysowaniem superbohaterów w trykotach prezentują nam swoje wizje książkowych bohaterów, bądź samych autorów. Za najlepszy przykład niech posłuży zdobiąca tę notkę grafika Leigha Gallaghera przedstawiająca Neila Gaimana pracującego nad "Księgą Cmentarną". Poza Gallagherem (znanym z komiksu 2000AD) swoje literackie wizje zaprezentowali m.in. Bill Sienkiewicz, Jeff Parker, John Romita Senior czy Jeff Lemire. Osobom, dla których literatura jest czymś więcej, niż tylko spędzaniem wolnego czasu, a klasykę mają w małym palcu ten blog sprawi naprawdę sporo radości. Na upartego nie potrzeba też wielkiego oczytania, bo zdecydowana większość narysowanych autorów i bohaterów jest wręcz ikoniczna. Wystarczy jako tako orientować się w popkulturze, by z satysfakcją oglądać wariacje komiksowych rysowników na temat Howarda P. Lovecrafta, Ernesta Hemingwaya, czy Sama Spade'a. A jeśli dodatkowo - jak w moim przypadku - jest się fanem komiksów, to można niemal zapiszczeć z radości.

I byłbym przeoczył - nawet nasz Lem się tam znalazł!

niedziela, 11 lipca 2010

Do poczytania...

http://merlin.pl/Palac-Ostrogskich_Tomasz-Piatek,images_big,19,978-83-7414-411-7.jpg

To mój pierwszy Piątek - pewnie, że wcześniej słyszałem o "Heroinie" i czytałem jego felietony w NF, ale "Pałac Ostrogskich" jest pierwszą książką Piątka, którą dane mi było przeczytać. I wychodzi na to, że na tej jednej się nie skończy.
W tym miejscu recenzji zwykle następuje rys fabularny, w którym staram się nakreślić czytelnikowi fabułę powieści, zaklasyfikować ją jakoś, ogólnie przedstawić czym to się je. Ale nie w tym przypadku - "Pałac Ostrogskich" jest powiem strumieniem świadomości, podczas którego fakty z życia autora, rozmaite dygresje i kolokwialne wstawki pseudofabularne mieszają się z ćpuńskimi jazdami narkomana, który zażył o jedną działkę hery za dużo. Chwilami trudno określić, czy opisywane przez Piątka zdarzenie wydarzyło się naprawdę, zostało wymyślone czy stanowi zapis jednej z jego narkotycznych wizji. Tym bardziej dziwi spójność i pewna logika w budowie opowieści (fabuła występuje w formie szczątkowej). Dość powiedzieć, że cały hałas rozchodzi się o uczucia, przedmioty, kwadraty, Polskę, nałóg i kilka innych rzeczy.
Piątek pisze syntetycznie - beznamiętnie opisuje szczegóły, tka zdania wielokrotnie złożone i szafuje onirycznym klimatem. Wszystko to sprawia, że lektura tej książki staje się przeżyciem odurzającym, ale i w jakimś stopniu odprężającym.
Mimo, iż "Pałac Ostrogskich" o ćpuństwie mówi tylko na marginesie, to i tak stanowi jeden z ciekawszych studiów narkomanii, z jakimi się spotkałem - bez nadętego moralizatorstwa ani irytującego emo autor opowiada o swoim nałogu, o jego genezie i skutkach, a robi to z takim wyczuciem i talentem, że dłonie same składają się do oklasków.
Zdecydowanie polecam

Autor: Tomasz Piątek
Wydawnictwo: WAB , Czerwiec 2008
Seria: Archipelagi
ISBN: 978-83-7414-411-7
Liczba stron: 312
Wymiary: 123 x 195 mm

piątek, 9 lipca 2010

Myśli nieuczesane #1 - o Osiedlu i słoneczku

http://3.bp.blogspot.com/_YLxjSYwHI-A/SxQcv4xNQRI/AAAAAAAABk8/Fds5_-3Nu68/s1600/Osiedle+Swoboda-obwoluta.jpg

Dawno, dawno temu miała tu stać recenzja "Osiedla Swobody" za którą najpierw długo nie mogłem się wziąć, a potem uznałem, że nie ma sensu. Na wypadek, gdyby ktoś miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, niniejszym je rozwiewam - komiks Michała "Śledzia" Śledzińskiego nie jest tak dobry, jak piszą w recenzjach. Jest lepszy. I to znacznie. Ale ja nie o tym chciałem, bo recenzji nie będzie.

Jako przedstawiciel rocznika '90, udało mi się załapać na końcówkę czasów, do których pije osiedle. Z tamtego okresu pamiętam polsatowskiego "Alfa" i "Bundych", których humoru siłą rzezy łapać nie mogłem, czerwone książeczki z serii "Już czytam", na których ładowałem skila w mieleniu literek na słowa w mojej głowie, "Thorgale" i "Fantastyki" z szuflady ojca, długodystansowe maratony na Pegasusie i... Dwór. Jako dzieciak cholernie dużo czasu spędzałem na dworze. Z gówniarzami sąsiadów, z bratem, sam... Cholera, znałem ulicę lepiej, niż własną kieszeń. Byłem tym łajzowatym dzieciakiem, który przewijał się przez całą fabułę osiedlowego odcinka "Psy wyprowadzamy na smyczy". To były czasy.


http://img576.imageshack.us/img576/7230/12001q.jpg
I mnie tylko zastanawia, kiedy ganianie za piłką zmieniło się w wożenie się po ulicy z bluzą Firmy na grzbiecie, kiedy podkładanie pierdzącej poduszki nauczycielowi stało się zakładaniem mu kosza na głowę, a wysyłanie miłosnych esemesów w "słoneczko". Nie wierzę, że to wszystko przez naszą-klasę. Po prostu nie wierzę.
http://img8.imageshack.us/img8/9549/12003r.jpg

sobota, 12 czerwca 2010

Fantastyka Godziny Czwartej

http://sphotos.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-snc3/hs574.snc3/31334_434548399947_188446914947_5746382_2448072_n.jpg

Tak się jakoś złożyło, że zostałem odkryciem ze strony www.fantastyka.pl i w lipcowym numerze Nowej Fantastyki ukaże się moje opowiadanie będące rozwinięciem znanego z wyżej wymienionej strony utworku "Ludzie Godziny Czwartej". I tak po ludzku, zwyczajnie cieszę się, że moje nazwisko zdobi okładkę pisma, bez którego pewnie nigdy nie zainteresowałbym się szeroko rozumianą fantastyką, pisma, które wychowało całe pokolenia fantastów i wypromowało czołówkę polskich pisarzy fantasy i science-fiction.

Fajne uczucie.

czwartek, 10 czerwca 2010

Wyślijmy Lema w kosmos!

http://www.fantastyka.pl/obrazki/5r8w67qt4231yelemposter.jpg

Klikać w obrazek. I dopisywać się do grupy na Facebooku. I interweniować. Bo inaczej satelita będzie nazywał się "Gwiazdeczka" albo podobnie głupio.

sobota, 5 czerwca 2010

Do poczytania... Star Wars Komiks Wydanie Specjalne #5

http://www.ossus.pl/images/c/c4/Oblezenie_Saleucami_SWK.jpg

Uniwersum Gwiezdnych Wojen jest złożone i starannie przemyślane, ma jednak jedną wadę - dominujący nad większością aspektów tego wszechświata dualizm Jasna/Ciemna strona Mocy może nie tyle wyklucza, co znacznie utrudnia wprowadzenie elementów i postaci moralnie niejednoznacznych. Bo przecież w końcu Jedi - a wraz z nimi i reszta postaci - muszą opowiadać się po stronie dobra lub złe, bardziej subtelne postawy należą raczej do wyjątków. Nie chodzi mi o to, że bohaterowie występujący w produkcjach rodem z odległej galaktyki są bezwarunkowo dobrzy albo źli, tym niemniej - taki podział jest o wiele wyraźniejszy, niż w innych uniwersach. Quinlan Vos, główny bohater niniejszego numeru SWK:WS jest postacią moralnie niejednoznaczną - i chyba właśnie dlatego jest moim ulubionym bohaterem gwiezdnowojennego uniwersum. Całe życie tego Jedi naznaczone było mrokiem, wskutek czego Vos mimo opowiadania się po Jasnej stronie w istocie porusza się na samej granicy, która - jak już wcześniej wspomniałem - w opowieściach sygnowanych logiem Star Wars jest raczej wąska.
Komiks opowiada historię Oblężenia Saleucami, jednej z ostatnich batalii wojen klonów. Sytuacja jest patowa, dokonujące oblężenia siły Republiki nie są w stanie przedrzeć się przez osłony nieprzyjaciela, który z kolei ponosi klęski z powodu mistrza Rancisisa - Jedi, który wie praktycznie wszystko o bitewnej medytacji i czynnie używa tej umiejętności do wspierania Republikanów. Impas przełamać może jedynie Quinlan, będący w istocie podwójnym agentem. Po której stronie się opowie? Walka toczy się nie tylko o Saleucami, ale także - przede wszystkim - o duszę Vosa.
Biorąc do ręki niniejszy komiks miałem nadzieje obserwować moralne rozterki głównego bohatera, który miota się on pomiędzy Jasną i Ciemną stroną Mocy. Trochę się przeliczyłem, bowiem w "Oblężeniu Saleucami" próżno doszukiwać się intymnych rozmów czy wewnętrznych monologów - Quinlan Vos jest człowiekiem czynu. Może to i dobrze, bo bardzo łatwo zepsuć wątki tego typu. Poza tym - to głównie komiks rozrywkowy, gdzie liczne zwroty fabuły i wartka akcja nie pozwalają oderwać się od lektury. Pod tym względem spełnia on swoje podstawowe zadanie - niesie dużą dozę rozrywki. Nie jest dziełem sztuki, ale przecież nie musi nim być.
To samo tyczy się warstwy graficznej - typowe, klasyczne plecy banthy (że tak zażartuję), do tego z poprawnie nałożonym kolorem. Solidna, rzemieślnicza robota.
Polecam ten komiks - w moim prywatnym rankingu jest najlepszą historią opublikowaną dotychczas w Wydaniach Specjalnych.

Scenariusz: John Ostrander
Rysunek: Jan Duursema
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 96
Cena: 9,99 zł
Dostepność: Kioski, Empiki

środa, 26 maja 2010

Do poczytania... Homo bimbrownikus

http://www.salonkulturalny.pl/wordpress/wp-content/uploads/2009/08/homo-bimbrownikus.jpg

Ilekroć podchodziłem do pisania niniejszej recenzji, zastanawiałem się, w jaki oryginalny sposób mam przekazać czytającemu tego bloga ogółowi (całe 8 osób - pozdrawiam!) jak bardzo zła jest to książka. Próbowałem silić na wariant prześmiewczy (wiecie, te złośliwe metafory), snobistyczny (używanie słów, których znaczenia nie rozumiem - podobnie jak 99% społeczeństwa) i nawet pieniacki (dużo inwektyw, w tym przypadku akurat całkowicie uzasadnionych). Ale nie dałem rady - ten chłam nie jest wart, by się dla niego gimnastykować.
Trzeba przyznać, że Pilipiuk miał dobry pomysł na postać - pijak, emerytowany wykolejeniec, kłusownik i cywilny egzorcysta przeżywający zadziwiające przygody mógł się sprzedać. I sprzedawał się - aż do poprzedniego tomu, który nie był niczym więcej, jak tylko podstępnym sposobem na wyciągnięcie kasy od niczego niepodejrzewającego klienta. Podobnie jest i w tym przypadku. Opowiadania są do bólu wtórne - Wędrowycz po raz kolejny umyka pod ostrza kosy Śmierci, podróżuje w czasie, walczy z rozmaitymi bytami bionekrotycznymi i przedstawicielami zaginionego ogniwa z Dębinki. Popłuczyny po popłuczynach, kolejne pomysły wałkowane po raz nie wiadomo który. Owszem, od czasu do czasu pojawiają się nowe koncepty, ale są one tak bzdurne i infantylne, że zamiast śmiechu budzą zażenowanie.
Konstrukcją książka przypomina poprzedni tom "Wieszać każdy może". Mamy tu kilka krótkich opowiadań zajmujących jakieś 30% tomu. Reszta zapchana jest bzdurną, idiotyczną mikropowieścią o pościgu wojsławickiego awanturnika za zbiegłym szamanem małpoludów z Dębinki. Nie wiem, co zażywał autor podczas pisania tego potworka, ale niechybnie było to straszne świństwo. Kto o zdrowych zmysłach może twierdzić, że motyw równoległego świata, w którym wikingowie dokonują szturmu na supermarket jest fajny?
Jakub Wędrowycz miał szansę zostać bohaterem kultowym - jak wiedźmin albo Zagłoba. W rękach pisarza obdarzonego choćby minimalną dozą talentu i szacunku do czytelnika tak na pewno by się stało. Niestety, antytalencie w osobie Wielkiego Grafomana zabiło wszelką finezję i olbrzymie możliwości rozwoju postaci. W tym momencie moja znajomość z Wędrowyczem zostaje zakończona.
A książka to nic nie warty chłam i ewidentny skok na kasę. Nie kupować.

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 8/2009
Seria wydawnicza: Bestsellery polskiej fantastyki
Liczba stron: 360
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7574-188-9
Wydanie: I
Cena z okładki: 32,90 zł

wtorek, 25 maja 2010

Do poczytania... Prowadź swój pług przez kości umarłych

http://www.wydawnictwoliterackie.pl/okladki/1981.jpg

Olga Tokarczuk ma wielu fanów, którzy złego słowa nie dadzą powiedzieć o swojej ulubienicy. Tym wszystkim przyjemniaczkom radzę olać niniejszą recenzję i od razu zacząć bluzgać w komentarzach, bo "Prowadź swój pług..." jest dla mnie książką zwyczajnie słabą i nie mam zamiaru się z tym kryć.
Główną bohaterką powieści jest Janina Duszejko - zdziwaczała, posunięta już w latach nauczycielka angielskiego, trudniąca się przed laty budową mostów, miłośniczka astrologii i zagorzała ekolożka, zamieszkała w małej miejscowości w Dolinie Kłodzkiej. To właśnie z jej perspektywy obserwujemy, jak rozwija się intryga - oto kolejni mieszkańcy giną w tajemniczych okolicznościach. Zamordowanych łączy jedno - wszyscy w jakiś sposób powiązani byli z pobliskim kołem łowieckim...
Teraz będzie ta część z narzekaniem.
Tokarczuk ma zwyczaj budowania w swoich książkach pewnego rodzaju napięcia - mnogość wątków i motywów każą nam oczekiwać na zaskakującą, zmuszającą do przemyśleń konkluzję. Która nie następuje. Petarda syczy, ale kiedy lont spala się cały - piard, brum, niewypał. Nie przeszkadzało mi to w "Prawieku", zaczęło gdzieś na etapie "Domu dziennego, domu nocnego", po którym stwierdziłem, że autorka cały czas umiejętnie udaje, że ma coś ciekawego do powiedzenia, ale nigdy nam tego nie mówi. I może to jest jakiś sposób, bo jak na razie wszyscy się na to łapią. Nie muszę oczywiście dodawać, że na "Prowadź swój pług..." ciąży ten sam grzech.
Pomijając to, książka jest uroczo nudna - czyta się to z przyjemnością, mimo, iż niemal nic się nie dzieje. Nawet antypatyczna, niedająca się lubić główna bohaterka nie psuje tego obrazu. Tu daję książce plus - lektura jest odprężająca, autorka potrafi sprawnie władać językiem. Denerwuje co prawda fatalnie poprowadzona agitka na cześć ekologii - potępiające kontrolny odstrzał zwierząt slogany, jakie Tokarczuk wkłada w usta swojej bohaterki są równie żenujące, co ekolodzy przykuwający się łańcuchem do ostatniego egzemplarza przędziorka długolistnego.
Fani Tokarczuk łyknął bez popitki, fani kryminału skuszeni notą na tylnej okładce nie doczytają do połowy, reszta przełknie bez większych dolegliwości. Mimo to, "Prowadź swój pług..." nie sprawdza się w żadnym aspekcie. Jako moralitet - nie zmusza do przemyśleń, jako kryminał - nie wciąga. Nie rozumiem zachwytów nad tą książką i dziwi mnie, że coś takiego zostało nominowane do Nike. Naprawdę nie było lepszych książek?

Autor: Olga Tokarczuk
Liczba stron:
316
Nr wydania:
1
Rok wydania:
2009
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Literackie
ISBN:
9788308043974
Okładka:
miękka
Wymiary:
12.5x19.5

wtorek, 11 maja 2010

Frank Frazetta nie żyje

http://frankfrazetta.org/ff_silver_warrior.jpg
10 maja 2010 roku zmarł Frank Frazetta - legendarny (tak, to słowo wybitnie tutaj pasuje) ilustrator książek, filmów, płyt. Człowiek, który zdefiniował m.in Conana Barbarzyńcę i Kane'a - ikony heroic fantasy. Człowiek, którego nazwisko zna praktycznie każdy fan fantasy na całym świecie.

[']

niedziela, 2 maja 2010

Jazda dowolna cz. 7

Klasyka sama w sobie - australijski zespół Dead Can Dance z pewnością znany jest wszystkim miłośnikom tak zwanej muzyki świata. Truizmem byłoby stwierdzenie, że każda płyta nieistniejącej już formacji to kolejny eksperyment. Warto znać, polecam.


Znany z Surrealnych Przygód Edwarda Allana Poo rysownik Thomas Boatwright prowadzi devianta na którym obejrzeć możemy jego prace. A jest co oglądać - lekkość kreski przywodzi na myśl Skottiego Younga, choć Boatwrigh ma swój własny, unikalny styl.

A odnośnie tego klipu nie powiem ani słowa. Po prostu polecam obejrzeć, przetrawić go sobie, może coś tam przemyśleć. Na wypadek, gdyby komuś nie chciało się szukać, podaję też adres drugiej części filmu. That's all, folks! Do zobaczenia za kilka dni, kiedy postaram się wrzucić dwie bardzo zjadliwe recenzje dwóch słabych książek.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Jazda dowolna cz. 6

Dziś będzie nietypowo, bo w stylu Motywu (tak, tak, bardzo chciałbym mieć takiego fajnego/poczytnego bloga, zazdroszczę, naśladownictwo formą uznania etc., etc.). Do rzeczy.


Prezydent nie żyje. Jest mi żal rodzin ofiar katastrofy lotniczej, nie zamierzam jednak popadać z tego powodu w czarną depresję czy obnosić się ze swoją rozpaczą. Ot, odnotowuję, składam kondolencje i wyrażam smutek.


Nowa Fantastyka ma nową stronę internetową. Na chwilę obecną witryna jest jeszcze mało funkcjonalna (w sensie - brak szpanerskich bajerów), ale nie można odmówić jej czytelności. Największą rewolucję stanowi możliwość dodawania przez użytkowników własnych materiałów (opowiadań, publicystyki). Ptaszki ćwierkają, że redakcja będzie w ten sposób wyłapywać młode talenty, ja jednak jestem sceptykiem - na razie dodawanie tekstów jest moderowane zaledwie kosmetycznie (usuwanie bełkotu - tak; usuwanie grafomani - już nie), a z doświadczenia wiemy, że coś takiego z reguły szybko zmienia się w internetowy śmietnik.


Najnowszy odcinek South Parku w typowy dla tego serialu sposób wyśmiewa Facebooka i Czatruletkę. Mnie bardzo denerwują ludzie nagminnie smęcący o swojej farmie na FB, a społeczne wykluczenie wynikające z braku profilu na serwisie społecznościowym nie jest wcale aż tak dalekie od tego, co widzimy w tym odcinku kreskówki.


Komiksowa Warszawa NIE zostanie odwołana z powodu żałoby narodowej. I tego się trzymajmy. Początkowo trochę bałem się, czy żałoba nie sprawi, że festiwal trzeba będzie przełożyć (albo nawet odwołać), na szczęście organizatorzy stosunkowo szybko rozwiali wszelkie wątpliwości - Komiksowa Warszawa odbędzie się zgodnie z planem, jedynie rozkład jazdy uległ pewnym modyfikacjom - wernisaże zostały przełożone. Do zobaczenia na festiwalu. Haku, stawiasz mi piwo. Update: Wg nieoficjalnych jeszcze wiadomości festiwal został jednak przełożony o tydzień.


Pamiętacie jeszcze Kawałek Kulki? Podpowiem - skrzyżowanie punk rocka z poezją śpiewaną, dobrze przyjęta pierwsza płyta, miłe dla ucha wokale, skrzypce i sympatyczne teksty. Na MySpace można już od jakiegoś czasu wysłuchać singla promującego ich nowy krążek zatytułowany "Noc poza domem/error". Premiera już 12 kwietnia i, jeśli nowa produkcja Karotki dorówna debiutowi, wiem już, czego będę słuchał jadąc na KW.


Dwójkowy koncert "Zrozumieć Polskę" można już w miarę legalnie obejrzeć na YouTube. Dlaczego "w miarę"? Ponieważ - mimo, iż film wrzucono na serwer bez błogosławieństwa TVP - szefowa L.U.C.owego magamentu, Matylda Dudek zapowiedziała, że wystara się o protekcje nad klipami. Godne pochwały.


Jeszcze propo Łukasza Rostkowskiego - na jego MySpace'owej luksferze można odsłuchać fragmentu aranżacji przygotowywanej przez artystę i kapelę Brodów do spektaklu "Ibidem" o tragedii katyńskiej. Zapowiada się kolejny bardzo dobry projekt eluce, choć osobiście wolałbym, by artysta wrócił do szaleńczych wyskoków czasoprzestrzenno-paranormalnych, które wyniosły go na szczyt artystycznych.

sobota, 3 kwietnia 2010

Filmograf: Scott Pilgrim vs. Kick-Ass

Na początek - wesołych świąt Wielkanocy.

Do rzeczy.




Dwie mega-nerdowskie superprodukcje w 2010. No nie dam rady.
Nie chcę oceniać na podstawie trailerów, jednak każdy chyba zgodzi się z tym, że oba filmy (zresztą, oba to także ekranizacje komiksów) przedstawiają całkowicie odmienną filozofię geekostwa. O ile Scott Pilgrim vs. the World to maksymalnie przegięta, zakręcona jazda bez trzymanki, o tyle Kopacz Pośladków jest filmem podchodzącym do sprawy w sposób nieco bardziej "realistyczny". Realistyczny oczywiście w cudzysłowu, bo mała dziewczynka w pojedynkę wykańczająca pluton mafijnych przydupasów jest równie prawdopodobna, co latające w powietrzu onomatopeje z trailera Scotta Pilgrima - ale filmy dzieli przepaść, pomimo tej samej grupy docelowej.
Scott Pilgrim vs. The World to raczej pastisz (nie wiem, komiksu nie czytałem), niźli poważna historia (choć nie odmawiam mu bynajmniej szansy, na opowiedzenie ciekawej fabuły). Te wszystkie zapożyczenia z subkultury nerdowskiej, sięganie bezpośrednio do źródeł i wydobywanie z nich samej esencji... To będzie dobre, to się może udać.
Z drugiej strony, Kick-Ass zapowiada się na film cięższy, nieco bardziej na serio (choć bez przesady). Tu nerdostwo jest pokazane z punktu widzenia szarego fana komiksów, który w stroju płetwonurka ugania się za chuliganami i jakoś łatwiej mi się z takim chłopakiem identyfikować (ale nie wyciągajcie z tej deklaracji pochopnych i zbyt daleko idących wniosków), a zawieszenie niewiary jest jakieś takie łatwiejsze, już nawet pomijając tę dziewczynkę z katanami. I chyba właśnie na Kick-Assa stawiam w tym pojedynku.
Ano nic - poczekamy, zobaczymy. Jak już mówiłem, nie czas jeszcze na porównania i zestawienia. Oba filmy zapowiadają się wyśmienicie.

piątek, 12 marca 2010

Do poczytania... Star Wars Komiks Wydanie Specjalne #4

http://www.ossus.pl/images/0/00/SWK-WS_General_Grievous.jpg

Kolejny kwartał, kolejne Wydanie Specjalne gwiezdnowojennego magazynu by Egmont. I jak zwykle - nie licząc fatalnej wpadki z drugiego numeru - mamy do czynienia z przyzwoitym komiksem, zero rewelacji ale i przyczepić się nie ma do czego. Nie zrozumcie mnie źle, od komiksu za dychę nie oczekuję rozkoszy wizualnych i intelektualnych na poziomie Andreasa, ale jednak panowie Drewnowscy mogliby bardziej postarać się przy wyborze prezentowanych na łamach magazynu historii.
Nic to jednak, cieszmy się tym, co mamy. A mamy całkiem zgrabnie skonstruowaną fabułę, której głównym bohaterem nie jest, wbrew pozorom, generał Grievous (choć, oczywiście, sztandarowy killer Jedi pełni tu ważną rolę). Historia kręci się wokół padawana Flynna Kybo, którego poznajemy podczas próby odbicia z rąk Separatystów senatora Quiyyena. Podczas akcji mistrz głównego bohatera ginie z rąk Grievousa. Rozgoryczony biernością Rady Flynn bierze sprawy w swoje ręce i zamierza osobiście wyznaczyć sprawiedliwość. W dokonywaniu zemsty pomaga mu dwójka Jedi - Mistrz B'dard Tone i padawan Codi Ty. Tymczasem Grievousowi udaje się pojmać grupę młodych padawanów, których ma zamiar przerobić na własny obraz i podobieństwo, tworząc tym samym idealnych wojowników.
Tyle na temat fabuły. Nie jest ona jakoś specjalnie interesująca, ale ma dużą zaletę - jest czytelna. Kiedy się tłuką, bez trudu orientujemy się, kto, z kim i dlaczego. Problem polega na tym, że do postaci trudno jest nam się przywiązać, toteż ich perypetie nie robią na nas żadnego wrażenia. Ktoś tam ginie, ktoś coś przeżywa, ale czytelnika nie za bardzo to interesuje. Nie wiem, czym to jest spowodowane - pewnie tym, że scenarzysta, Chuck Dixon, nie pokusił się o rozwinięcie portretów psychologicznych postaci. Bohaterowie mają wykonać swoje i odejść w siną dal/umrzeć (niepotrzebne skreślić).
Grafika stoi na średnim poziomie. Kreska Ricka Leonardiego może się podobać, ale mnie osobiście denerwuje niechlujny drugi plan - jakby to, co dzieje się w tle nie powinno obchodzić czytelnika. Dla równowagi, olbrzymi plus dla kolorysty, który żywą paletą barw wlał trochę klimatu do tego przeciętniaka.
Generalnie znalazłem ten komiks poprawnym - ale nic więcej. Jego lektura nie sprawiła mi przykrości, choć nie dostarczyła też oczekiwanej dawki rozrywki.
Jednorazowe czytadło, które po przekartkowaniu kończy swój żywot na półce.


Scenariusz: Chuck Dixon
Rysunek: Rick Leonardi
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 96
Cena: 9,99 zł
Dostepność: Kioski, Empiki

sobota, 27 lutego 2010

Felieton okazjonalny - Książki z duszą



Wzięło mnie ostatnio na przemyślenia dotyczące książek. Nie ich treści, tylko formy. Z pewnością wiele zaglądających na tego bloga osób zna niepodważalny urok starych, wypożyczonych z biblioteki książek - tych oklejonych brązową taśmą, z podklejoną okładką, siną, rozmazaną pieczątką, przetartym zagięciem skrzydełka okładki i wylatującymi gdzieniegdzie stronami. Biorąc do ręki taki sfatygowany egzemplarz książki w jakiś niepojęty sposób czujemy podświadomą łączność z ludźmi, którzy kiedyś ją czytali. Dzięki takim stygmatom książki biblioteczne z czasem nabierają niesamowitego uroku, stają się czymś unikalnym. Nie zachęcam tu bynajmniej do świadomej dewastacji. Każdy, kto choć raz miał w ręku taką książkę zrozumie o co mi chodzi.
Kolejną sprawą są przedmioty znajdowane pomiędzy kartkami wypożyczonych egzemplarzy - stare bilety tramwajowe, paragony, nawet liściki miłosne - te prowizoryczne zakładki zapomniane przez poprzednich czytelników też są czymś niezwykłym. To ślady ludzi, których być może kiedyś minęliśmy na ulicy, ludzi których nie znamy i pewnie nigdy nie poznamy - obcych, ale jednocześnie bliskich poprzez fakt czytania książki, którą właśnie mamy w rękach.
Lubię klimat starych bibliotek - ciasnych przybytków literatury umieszczonych w przedwojennych kamienicach. Takich, do których wchodzi sie przez skrzypiące drzwi (wszyscy wiedzą, że drzwi biblioteki powinny skrzypieć ciszej, niż furtka cmentarza, ale głośniej, niż drzwi do antykwariatu - które z kolei obowiązkowo powinny mieć zainstalowany staroświecki dzwoneczek przy każdym otworzeniu drzwi robiący "TING! TING!"). Takich, w których można bez przeszkód snuć się pomiędzy długimi rzędami półek w poszukiwaniu czegoś, co nas zainteresuje wdychając przy okazji upajający zapach starego papieru. Te nowoczesne molochy obsługiwane przez bezdusznych urzędników bibliotecznych wydających nam książki w ogóle do mnie nie przemawiają - świątynia słowa zmieniła się w supermarket.
Nie walczę jednak z takim stanem rzeczy - w dobie Internetu biblioteki w naszym pojęciu odchodzą w zapomnienie. Z chwilą popularyzacji e-papieru w ogóle stracą rację bytu - interesującą nas książkę będzie można wszak błyskawicznie pobrać z olbrzymiej bazy danych. Smuci mnie to, ale nie walczę z takim stanem rzeczy. Z pewnością tysiąc lat temu jakiś proto-Misiael też narzekał "Kiedyś wystarczały nam opowieści starych ludzi, z chwilą wynalezienia bibliotek te piękne historie zostały zastąpione przez bezduszne książki.". Może więc nie będzie tak źle, może i "bezduszne" pliki tekstowe nabiorą ducha? Nie bardzo sobie to wyobrażam, ale kto wie? Tymczasem jednak cieszę się istniejącymi jeszcze prowincjonalnymi bibliotekami, ich unikalnym klimatem i czarem.

niedziela, 14 lutego 2010

Do poczytania... Blame!



Nie lubię mang. Nie wiem czemu, ale japońska stylistyka komiksowa po prostu do mnie nie przemawia, charakterystyczne dla mang elementy jakoś uniemożliwiają mi zawieszenie niewiary i wciągnięcie się w świat przedstawiony.
Z "Blame!" jest jednak nieco inaczej. Tsutomu Nihei, Autor tej dziesięciotomowej mangi od zawsze fascynuje się kulturą Starego Kontynentu. Legitymuje się też dość specyficznymi, jak na mangakę, kwalifikacjami - studiował architekturę, a później pracował dla amerykańskiej korporacji. Jako artysta także nader chętnie współpracował z jankesami - stworzył dla nich komiksowe rozwinięcie świata popularnego FPSa Halo oraz autorską miniserię "Wolverine. Snikt!" której recenzję swego czasu machnąłem dla Esensji.
O "Blame!" usłyszałem przypadkiem, opowiadał mi o niej w kontekście "szczytowego osiągnięcia w dziedzinie cyberpunku" (cytat z pamięci, ale dość wierny). Jako fan cyberpunku zaciekawiło mnie to, choć nie na tyle, bym jakoś specjalnie szukał okazji do zapoznania się z komiksem. Okazja jednak pojawiła się sama i po pierwszych kilkunastu stronach uznałem, że muszę się z tym zapoznać.

http://greathesit.files.wordpress.com/2008/03/b1.png

Zapomnijcie o rozsądku. Zapomnijcie o wcześniejszych cyberpunkowych dziełach. "Blame!" wynosi tę gałąź science-fiction na zupełnie inny poziom, choć w sumie nie pokazuje w tej materii niczego nowatorskiego. Mamy bowiem zdruzgotany, post-apokaliptyczny świat, enigmatycznego bohatera wyposażonego w potężny pistolet, po który niejednokrotnie sięga w krytycznych sytuacjach, cyborgi, androidy, istoty krzemowe, komputery... A jednak manga faktycznie jest nowatorska i na swój sposób przełomowa. Kiedy widzimy zapierające dech w piersiach budowle, niesamowite, dynamiczne akcje czy zapomnianą maszynę, która cały czas automatycznie produkuje klony - już wiem, już mamy pewność, że natrafiliśmy na coś unikatowego.
Jak już wspominałem - zapomnijcie o rozsądku. "Blame!" to epicka opowieść bez wstępu, rozwinięcia i zakończenia, cyberpunkowa odyseja tajemniczego Killy'ego, który poszukuje osoby z genami terminalowymi - tylko wyposażony w nie człowiek jest w stanie przerwać niekontrolowany rozrost miasta, za który odpowiedzialne są uruchomione przed wiekami maszyny. Roboty te, zwane Budowniczymi, przez całe lata (milenia?) nieprzerwanie dobudowują kolejne segmenty olbrzymiego megapolis. Gargatuniczna aglomeracja już dawno pokryła całą planetę, teraz wzrasta w górę, pochłaniające nawet księżyc.
I wciąż rośnie.

http://img26.imageshack.us/img26/3043/blame2192193.jpg

Główny bohater - mężczyzna o imieniu Killy - jest cichy i rzadko się odzywa. Ożywia się jedynie podczas walk, kiedy to sieje spustoszenie za pomocą grawitacyjnego emitera promieni - najpotężniejszej broni, jaką było mi dane zobaczyć. Ten niepozorny pistolecik wypluwa z siebie promień robiący olbrzymie dziury nie tylko w przeciwnikach, ale i znajdujących się za nimi ścianach. Killy jest zupełnie amoralny - tak jak i pozostali bohaterowie "Blame" - dobro i zło są dla niego pojęciami kompletnie abstrakcyjnymi. Ma swój cel i konsekwentnie go wypełnia, inne sprawy są dla niego zupełnie nieważne. Mimo ludzkiej powierzchniowości, jest dla nas równie obcy jak zamieszkujące świat androidy i bezduszni Strażnicy.
Killy nie jest samotny podczas swej podróży - z czasem przyłączają się do niego inne, nie mniej fascynujące postacie. Cibo - dawny naukowiec, porzucona gdzieś w odmętach popadających w ruinę laboratoriów, która dzięki Killy'emu odzyskuje ciało. Słodka i niewinna (do czasu) Sakaan. Wszystkie napotkane osoby budzą w nas niepojętą fascynację - kiedy obserwujemy ich zachowanie, tak różne od naszego, kiedy widzimy ich irracjonalne (dla nas) zachowania (które zawsze okazują się mieć jakiś pokrętny cel) po prostu musimy wiedzieć, jak dalej potoczą się ich losy. Ale największe wrażenie zrobił na mnie Strażnik Dhomochevsky. Ta jego niesamowicie realistyczna twarz (w połączeniu z niesamowicie nierealistyczną, typowo mangową fryzurą), ten błysk w jego oku, ten dziwny wyraz twarzy mówiący "Możesz mnie wgnieść w ziemię, rozwalić na kawałki i polać napalmem, ale ja i tak jakoś się pozbieram i cię zniszczę." sprawiają, że nie jego poczynania śledziłem z nieludzkim wręcz skupieniem i intensywnością.

http://img27.imageshack.us/img27/2488/blamev10c64p160.png

Rysunki są po prostu niesamowite. Nihei bawi się tu konwencją cyberpunku pokazując nam ciasne i duszne korytarze, zaułki, zdewastowane budowle, windy, pociągi i maszyny, które działają już tylko na słowo honoru... Tym bardziej w tym gęsto zabudowanym świecie dziwią bezkresne przestrzenie, olbrzymie hale i kosmiczna pustka wraz z występującymi w niej osamotnionymi artefaktami.
Design postaci - zwłaszcza tych niehumanoidalnych - poraża i zachwyca. Każda występująca w tym onirycznym komiksie istota jest pomysłowo zaprojektowana i ZAWSZE starannie narysowana. Nihei wielokrotnie wspominał, że w swojej twórczości pełnymi garściami czerpie z europejskich twórców - i to widać. W pieczołowitości w ukazywaniu szczegółów Japończyk zdaje się prześcigać nawet Andreasa! Choć mogą to być tylko moje pobożne życzenia, to wydaje się, iż Nihei fascynuje się, między innymi, naszym rodzimym malarzem, Zdzisławem Beksińskim. Tak jak i świętej pamięci artysta, mangaka kreuje obcy, jednocześnie fascynujący i przerażający świat. Cieniowanie miejscami jak żywo przypomina te z obrazów Beksińskiego. Nie brak też i wyraźniejszych nawiązań - porównajcie, proszę, jeden z kadrów prequela do "Blame!" pod tytułem "NOiSE!" z chyba najpopularniejszym obrazem Beksińskiego. Podobnie i metalowe słupy z samego "Blame!" po prostu muszą się kojarzyć z innym malowidłem Polaka. Owszem, nie wykluczam przypadku - ale nie wierzę, by nie było to świadome nawiązanie.

http://img509.imageshack.us/img509/6091/blamev3028029.jpg

"Blame!" to przełom. Możliwe, że najlepszy komiks, jaki w swoim życiu przeczytałem. Choć niemal zupełnie pozbawiony fabuły, mimo nie dających się lubić postaci i kompletnie niezrozumiałej fabuły - manga zabija klimatem, czyta sie ją z autentycznymi ciarkami na plecach. To autentyczne, pięciowymiarowe dzieło, którego my, jako istoty trójwymiarowe, nie mamy nawet szansy zrozumieć - co nie przeszkadza nam się nim zachwycać. Kiedy czytasz "Blame!" to z jednej strony czujesz się pusty, wyalienowany, w głowie roi ci się od myśli, że - choć odczuwasz cierpienie postać - nie potrafisz go pojąć. Widzisz samotność głównego bohatera, jego zagubienie w przeogromnym świecie - i nagle sam zaczynasz odczuwać tę samotność, tyle tylko że ty, w przeciwieństwie do Killy'ego nie masz tarczy w postaci kompletnego, zdaje się, braku uczuć. I zaczynasz się trząść. Po raz pierwszy w życiu odczułem coś takiego podczas lektury tego komiksu. Coś niesamowitego.
"Blame!" nie jest dla każdego. Ale ta grupka, która da się porwać niesamowitemu światu, pokocha ten komiks.

czwartek, 11 lutego 2010

Kilka gorzkich słów... dlaczego dzieci powinno się trzymać z dala od MS Worda?

Wczoraj w wieczornych wiadomościach pokazywali czternastoletnią dziewczynkę, która napisała siedem powieści fantasy, a jedną już nawet wydała. Prezenterka rozpływała się nad małolatą, posuwając się do określenia jej następczynią Andrzeja Sapkowskiego (Fail Roku?). Sama przyszła wieszczka wypowiadała się w sposób zgoła niegramatyczny, choć to zapewne wpływ filującej jej na opryszczone czoło kamery.
I, rozumiecie, coś we mnie pękło. Ale nie zalałem się rzewnymi łzami, nie wszedłem na Mont Blanc, by tam dokonać metamorfozy, nawet nie rzuciłem bluzgiem, co ostatnio nader często mi się zdarza. Wyłączyłem kompa i poszedłem umyć głowę. Zawsze, jak mam coś głębszego do przemyślenia, idę myć głowę. Taki fetysz.



Zawsze, gdy widzę ten masowy onanizm w chwili, gdy jakiemuś nastolatkowi uda się wydać książkę, coś mnie trafia. To spuszczanie się, jakie toto utalentowane, mądre i zmyślne, że u progu dorosłości dokonało czegoś, co i tak jest domeną niewielu mogących wylegitymować się dowodem osobistym jest po prostu... nie, nawet nie denerwujące. Smutne.
Przeczytałem "Eragona". Zacząłem "W lustrze snów", ale nie zdzierżyłem. Obie te pozycje to bardzo przeciętne książki. Po głębszej analizie (każdy, kto czytał którąś z tych pozycji doceni poświęcenie) doszedłem do wniosku, że dziecko (czternasto-, piętnastolatek) nie ma szans napisać dobrej powieści. Nie chodzi tu nawet o brak doświadczenia literackiego - po prostu małolat, mówiąc kolokwialnie, nie zna życia na tyle, by przekonać nas do swojej wizji świata, by stworzyć uniwersum, przy którym zawieszenie niewiary będzie możliwe na tyle, by dać się złapać na fabularny haczyk. Bo czy dziecko - młody literat - jest w stanie nas czymś literacko zadziwić, zaskoczyć, zaciekawić? Powiem brutalnie - jeśli nie zostało zgwałcone przez swojego ojca, to nie (przykład ekstremistyczny, mam nadzieję, że zrozumiały kontekstowo).



Co sprawia, że wydawcy godzą się wesprzeć nieotrzaskanego z literaturą dzieciaka, który wyprodukował powieść? Chodzi, oczywiście, o pieniądze. Postaram się przekazać to na hipotetycznym przykładzie:

  1. Sadzamy dwuletnie dziecko przed komputerem, uruchamiamy edytor tekstu i zachęcamy szkraba do zabawy klawiaturą. Czynność tę powtarzamy dopóki wystukane przez malucha abstrakcyjne ciągi znaków nie osiągną wymaganego przez wydawcę minimum.
  2. Teraz tekst przechodzi przez gęste sito redaktorów którzy każdy ciąg wyrazów typu "nbio", "bcudiad" czy nawet "vdnsiffhiwak" przerabiają na słowa, które choćby w zbliżeniu przypominają oryginał.
  3. Przerobiony przez armię redaktorów tekst wygląda mniej więcej tak "gdy aby nieco rusza wychył się znosi dalekich fraktali nie będzie zagadany". Teraz leci on do druku.
  4. Ważna jest nota na tylej okładce - "Powieść napisana przez dwulatka - surrealistyczne dzieło obwołane nowym nurtem w sztuce postmodernistycznej! Musisz to przeczytać!" Za względu na nieczytelność tekstu, dwuletniego pisarza można obwołać następcą Jacka Dukaja.
  5. Teraz wystarczy tylko kosić kasę i jak najszybciej sprzedać prawa do ekranizacji, bo nie wiadomo, jak szybko pojawią się naśladowcy.
Im starszy jest młodociany autor, tym mniejsza jest interwencja sztabu poprawiaczy, ale generalnie zasada się nie zmienia.



I mnie tylko żal tych dzieci - w młodości wszyscy im mówili, jacy to są genialni, a gdy tylko wiatr koniunktury zaczyna wiać z innym kierunku, skazuje się ich na wieczne zapomnienie. A przecież obiecano im wieczną sławę i chwałę. Później dorosły już człowiek bierze do ręki swoją książkę, czyta ją i łapie się za głowę, jak mógł kiedyś wypisywać takie bzdury. Z tym, że teraz już nikt go nie potraktuje na poważnie - dorósł, więc przestał być chodliwym towarem, będą inne literackie dzieci. I mądry się robi pisarz po szkodzie.
Szkoda, że za późno.

Felieton okazjonalny - Dwupłciowa fantastyka?



Czytając rozmaite felietony, recenzje i opracowania dotykające zagadnienia szeroko rozumianej literatury fantastycznej niejednokrotnie natrafiam na określenia "męska" i "kobieca" fantastyka. To bardzo ciekawe, choć nie do końca sprecyzowane kryterium podziału - przyjrzyjmy się temu bliżej.

Termin "kobieca fantastyka" został ukuty mniej więcej na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy panie Ursula K. Le Guin, Andre Norton i Anne McCaffrey szturmem podbiły serca czytelników swoimi zaskakująco oryginalnymi cyklami powieściowymi (odpowiednio - "Ziemiomorze", "Świat Czarownic" i "Jeźdźcy Smoków z Pern"). Przyzwyczajeni do krwawych, "mięsistych" produkcji conanopodobnych tudzież perypetii dzielnych space marines czytelnicy z zaskoczeniem odkryli, że fantastykę można pisać inaczej - zamiast epickich starć zakutych w blachy wojowników autorki pokazywały o wiele bardziej klimatyczne uniwersa, wrażliwych bohaterów, niesamowity klimat i spokojny tok fabularny. To autentycznie było coś nowego, coś oryginalnego. Fantastyka pisana przez kobiety była naprawdę fantastyczna, nic więc dziwnego, że wszystkie trzy panie odniosły olbrzymi sukces, a ich nazwiska wymieniane są dziś obok takich tuzów jak Tolkien, Howard i Dickson.

Różnice pomiędzy "męską" a "kobiecą" fantastyką są dosyć wyraźnie - "kobieca" fantastyka jest o wiele bardziej eteryczna, spokojniejsza i bardziej klimatyczna, niż jej samczy, brutalny i "przyziemny" odpowiednik. Oczywiście, nie znaczy to, że jest lepsza - bo o klasie powieści nie stanowi jej "płeć" tylko inteligencja i polot autora - po prostu zupełnie odmienna.

Co ciekawe, "płciowość" literatury nie musi być tożsama z płcią uprawiającego ją pisarza. Sztandarowym przykładem jest tu Neil Gaiman, którego twórczość to bezsprzecznie "kobieca fantastyka" choć sam Gaiman jest stuprocentowym facetem (przynajmniej, jeśli wierzyć jego żonie - wybaczcie żarcik, fani Neila). Widać to też na naszym podwórku - Magdalena Kozak, bodaj najseksowniejsza z polskich pisarek fantastycznych (no co?) uprawia mocną, męską prozę dla prawdziwych twardzieli. I absolutnie nie ma w tym nic złego, ostatecznie żyjemy w kolorowych czasach postmodernizmu.

Inną sprawą jest płynna niekiedy granica pomiędzy obiema płciami fantastyki. Czy dyskowy cykl Pratchetta to fantastyka męska czy kobieca? A proza Orsona Scotta Carda? Przecież twórczości żadnego z tych autorów nijak nie można nazwać bezpłciową. Czyżbyśmy mieli tu do czynienia z "trzecią płcią", literackim odpowiednikiem drag queen? I ostatnie, najważniejsze pytanie - czy ma to jakiekolwiek znaczenie, skoro zarówno Card jak i Pratchett są wyśmienici w tym, co robią, a stylistyka ich utworów podoba się tak wielu odbiorcom?

Chciałbym zaprosić do dyskusji czytelników tego bloga, choćby po to, by ożywić pustkę wiejącą zazwyczaj w komentarzach (wiem, to po części wina nieregularnych notek, ogłaszam mocne postanowienie poprawy), ale z doświadczenia wiem, że zwykle nie odnosi to skutku. Mimo to, zapraszam. Piszcie, w której ze stylistyk lepiej się odnajdujecie, czy taki podział w ogóle ma sens i tak dalej.

niedziela, 31 stycznia 2010

Jazda dowolna cz.5

Duże Pe obok O.S.T.Ra jest jednym z nielicznych polskich wykonawców hip-hopowych, którzy wybijają się ponad słodką muzyczną przeciętność - w czasach, gdy każde osiedle w byle prowincjonalnej mieścinie ma swój hip-hopowy skład to naprawdę budzi szacunek. Duży daje nam zapoznać się ze swoją nową płytą "Zapiski z Życia na Terytorium Wroga" na swoim MySpace'owym profilu. Zero zaskoczenia, to wciąż ten sam Duże Pe, który potrafi urzec nawet osoby zazwyczaj gardzące hip-hopem. Po prostu solidna rzemieślnicza robota z zacięciem artystycznym. Uwagę zwracają też niegłupie teksty - polecam przysłuchać się "Prostej Historii", dawno nie słyszałem tak prostej i jednocześnie zaskakującej puenty.


Mike Deodato jr to rysownik bardzo doświadczony - parę lat temu wespół z Kurtem Busiekiem przywrócił blask marvelowskim Mścicielom, potem współpracował m.in. z Warrenem Ellisem przy chyba najbardziej badassowej serii Domu Pomysłów czyli "Thunderbolts". Obecnie ilustruje komiks "Dark Avengers" pióra Briana Michaela Bendisa. Ciężka, przeładowana szczegółami kreska doskonale buduje klimat ilustrowanych przez Mike'a komiksów.


Link trochę zleżały, poza tym bardziej nadawałby się do okienka MySpace'owego, ale... teledysk piosenki z najnowszej płyty Ras Luty to taki potężny atak pozytywnej energii (tak potrzebnej w czasie sesji), że nie mogłem sobie darować. Co prawda, mogłem dać tu link do pewnego nośnego ostatnio memu... ale byłoby to pójście po linii najmniejszego oporu.

A, i byłbym zapomniał - dziś w dwójce na pół godziny przed północą powtarzają koncert "Zrozumieć Polskę" o którym swego czasu trąbiłem na swoim blogu, a za który L.U.C dostał paszport Polsatu... Polityki, znaczy.

wtorek, 12 stycznia 2010

Kilka gorzkich słów... Sorry, ziomale

http://www.lstadt.com/pliki/pliki/image/trojka.jpg

Jacek Sobala przejmuje Trzeci Program Polskiego Radia. Tak, ten sam Sobala odpowiedzialny za śmierć BISki (pamiętamy i nie zapomnimy!).
Kolejna stacja, która nie była całkiem do dupy chwieje się w posadach. Łączę się w bólu ze słuchaczami Trójki. Walczcie o swoje radio. Ja o swoje walczyłem - i gówno z tego było. Ale was jest więcej, a i Trójka to radio nieporównywalnie większego formatu, radio z tradycją i potężnym dywizjonem słuchaczy. Rozwalcie Sobalę, pomścijcie Polskie Radio BIS i ocalcie Trójkę.
Do boju.