niedziela, 27 września 2009

Do poczytania... Operacja Dzień Wskrzeszenia

http://postapokalipsa.files.wordpress.com/2009/04/operacja_dzien_wskrzeszenia_okladka.jpg

Kolejna książka Andrzeja Pilipiuka, która wpadła mi w ręce nie napawała mnie przesadnym optymizmem. Po wyjątkowo drętwych "Dziedziczkach" i kompletnej pustyni literackiej w postaci pierwszego tomu "Norweskiego Dziennika" nie spodziewałem się po tym autorze niczego, co wychodziłoby poza wyjątkowo irytującą grafomanię na samej granicy czytelności. Okazała się jednak, że w przypadku tej konkretnej powieści nie było aż tak źle. Ale po kolei.
W książce noszącej pompatyczny tytuł "Operacja Dzień Wskrzeszenia" autor sięga po wyświechtany do granic możliwości motyw podróży w czasie. Grupa głównych bohaterów - starannie wyselekcjonowanych młodych ludzi - zostaje wcielona do supertajnego projektu, który jest jedyną nadzieją na ocalenie ludzkości (Ja ci tu poziewam zaraz!). Oto bowiem nasi dzielni chrononauci muszą przejść katorżniczy (tja...) trening i udać się w przeszłość, by odkręcić skutki nuklearnej wojny wywołanej na ich linii czasowej. Cały dżołk polega na tym, że wehikuł czasu ma pewne ograniczenie - skoki w przeszłość nie obejmują historii najnowszej, toteż siłą rzeczy akcja ratunkowa nie ograniczy się do prostego skoku dekadę wstecz i podstawienia nogi właściwej osobie w odpowiednim momencie. Bohaterowie muszą przenieść się do początku XX wieku i spowodować bezpłodność przodka prezydenta Polski, który doprowadził do atomowego konfliktu.
Bohaterowie są sztuczni - świeżo po zakończeniu lektury nie jestem w stanie choćby podać ich imion. Dialogi są drętwe, jakby Edward ze "Zmierzchu" zaraził naszych młodocianych chrononautów swoją przypadłością dysfunkcji emocjonalnej. Dzieciaki są zbyt banalne, chwilami czytając ich teksty miałem ochotę rzucić książkę w kąt i walić głową w ścianę, by pozbyć się z niej tej drewnianej sieczki. Około połowy książki przestałem jednak zwracać na to uwagę, bo na dobre zająłem się śledzeniem prostej jak drut, niczym niezaskakującej fabuły.
Zdaje się, że Pilipuik usiłował napisać książkę edukacyjno-przygodową w starym stylu znanym z serii książek o "Tomku". Ktoś tu chyba nie zauważył, że czasy się zmieniły, a docelowa grupa targetowa wyginęła dobrą dekadę temu. Problem polega na tym, że o ile Szklarski (swoją drogą literacko rozkładający na łopatki Wielkiego Grafomana) potrafił wciągnąć nas w lekturę, o tyle pan Andrzej umie jedynie przekonać nas, byśmy smętnie przerzucali kartki w poszukiwaniu przebłysków lepszej formy pisarza. Te zdarzają się wcale często, jednak generalnie książka utrzymana jest na bardzo przeciętnym poziomie. Chwilami odnosiłem wrażenie, że czytam napisaną przez średnio rozgarniętego gimnazjalistę relację wycieczki do skansenu. Autor częstokroć wkłada też w usta bohaterów rozmaite historyczne ciekawostki, co jeszcze bardziej nadwyręża ich wiarygodność.
mimo wszystko jednak, przez powieść przebrnąłem w sumie bezboleśnie, parokrotnie łapiąc się nawet na zainteresowaniu losami podróżników w czasie. Dlatego ocena nie będzie skrajnie negatywna, po zakończeniu lektury nie zawołałem wniebogłosy "Oddajecie mi moje stracone dwa wieczory!". Ujmę to w ten sposób - ta książka nie jest niczym wybitnym. Nie jest też czymś bardzo dobrym. Ot - jednorazowe czytadło do przekartkowania i odstawienia na półkę. Jak na Pilipiuka to i tak całkiem nieźle.

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Oprawa: miękka
ISBN: 83-89011-88-3
Stron: 496
Wymiary: 125x195
Cena: ok. 30 PLN

2 komentarze:

Mirzka pisze...

"Operację..." czytałam akurat po I tomie "Oka jelenia" i przysypiałam z nudów. Ja rozumiem, że pan Pilipiuk chce zarobić na chleb, ale nie rozumiem jego czytelników, którzy chcą i lubią czytać jego książki. Dla mnie istnieje jedynie, jako twórca Wędrowycza.

Za to najlepiej wyeksploatowany motyw podróży w czasie jest u Jasona w "Skasowałem Adolfa Hitlera". Nie licząc klasyków typu "Back to the future"

pawelk pisze...

Niestety większość książek z Fabryki Słów jest do przeczytania i zapomnienia. Strasznie poszli w ilość.