czwartek, 10 września 2009

Felieton okazjonalny - Runaways vol. 1 HC, czyli esencja szpanu



Lans i szpan - w dobie popularności takich portali, jak nasza-klasa.pl czy fotka.pl te słowa nabrały zupełnie nowego znaczenia. Nie muszę chyba głębiej wnikać w to zagadnienie, dość rzec, iż dzięki tym dwóm powyższym portalom każdy nieszczęśnik obdarzony przez Los stałym łączem i choćby jednym palcem może pochwalić się przed rzeszą znajomych i nieznajomy absolutnie wszystkim - od nowej komórki, przez nowe skarpetki po nową dziewczynę. Postanowiłem nie być gorszy i kiedy tylko kurier zastukał do moich drzwi z zamiarem wręczenia mi opasłej paczki oznaczonej moim nazwiskiem wiedziałem, że w przeciągu kolejnych 24 godzin dosłownie cały Internet musi się dowiedzieć na jakie wyżyny szpanu się wspiąłem.
Oto ekskluzywne, twardookładkowe wydanie pierwszego woluminu komiksowej serii Runaways, jednej z (naj)lepszych rzeczy, jakie stworzyła firma Marvel (o której ostatnimi czasy było głośno ze względu na przejęcie jej przez koncern Disney'a). Całkowicie nowy poziom lansu, który czyni mnie najbardziej hardko(we)rowym mieszkańcem mojego osiedla. Ta przyjemność kosztowała mnie ok 80 zł, ale czego się nie robi dla szpanu?



Rodzice są źli - na podstawie tego założenia autor scenariusza "Uciekinierów", Brian K. Vaughan (znany w Polsce z komiksów "Y: Ostatni z mężczyzn" i "Lwy z Bagdadu") buduje ciekawą i zaskakującą fabułę. Oto mamy bowiem grupkę nastolatków, których rodzice rokrocznie spotykają się w domu państwa Wilder, rodziców jednego z głównych bohaterów, Alexa. Oczywiście, kierując się niezrozumiałą, szaleńczą rodzicielską logiką muszą ciągnąć tam swoje dzieci. W tym momencie dla czytelnika zaczyna się zabawa, kogo bowiem rodzice nie ciągnęli na siłę "w gości"? Widząc, jak dzieciaki poszczególnych par usiłują wymigać się od tej wizyty, bawimy sie setnie, a przy tym poznajemy poszczególnych bohaterów dramatu - łebskiego nerda
Alexa, punkowo-gotycką Nico, buntownika Chase'a, życiową pesymistkę Gertrude, pacyfistkę i "kochaną córeczkę" Karolinę oraz najmłodszą z całej gromadki jedenastoletnią Molly. Słowem - bohaterowie są zróżnicowani tak, by każdy czytelnik znalazł kogoś z kim mógłby się identyfikować.
Dzieciaki, oględni mówiąc nie przepadają za sobą. Podczas gdy ich rodzice siedzą w bibliotece i Dyskutują o Ważnych Sprawach, nasi przyszli uciekinierzy nudzą się niczym mopsy podczas deszczowego popołudnia. W końcu jedno z nich wpada na pomysł szpiegowania swoich rodziców i dowiedzenia się w końcu, o czym tak zawzięcie dyskutują. Nie jest to trudne, bowiem Alex niedawno odkrył jedno z tajnych przejść, które opętany na punkcie bezpieczeństwa ojciec kazał wybudować w swojej rezydencji.
Dzieciaki z przerażeniem odkrywają, że ich rodzice tworzą grupę super-złoczyńców o nazwie Pride. Nie mają wątpliwości, widząc jak pan Wilder, ojciec Alexa, w rytualnej ofierze zabija niewinną dziewczynę.
Co w takiej sytuacji robią nasi przyszli uciekinierzy? Po otrząśnięciu się z pierwszego szoku postanawiają zbadać sprawę. W tym celu spotykają się i po kolei przeszukują domy swoich rodziców - swoje domy. Odkrywają, kim tak naprawdę są ich rodzice. I tak Gertrude niespodziewanie staje się właścicielką inteligentnego velociraptora, Karolina okrywa, że nie jest człowiekiem, tylko przedstawicielką pozaziemskiej rasy słonecznych istot (szok związany z tym odkryciem łagodzi fakt, ze Karolina potrafi latać), Chase w warsztacie ojca odnajduje fistigony - mechaniczne rękawice pozwalające na manipulację ogniem, zaś u małej Molly manifestuje się super-siła - dziewczynka jest mutantem.
Rodzice odkrywają ucieczkę dzieci i usiłują sprowadzić je z powrotem i wytłumaczyć swoim pociechom, co tak naprawdę zaszło (a wszyscy doskonale wiemy, ze rodzice potrafią wmówić swoim dzieciom, że niebo jest zielone - a przynajmniej próbują, dopóki zrezygnowane dziecko dla świętego spokoju nie zacznie udawać, że im wierzy). Odkrywają też tajemnicza wiadomość od jednego z Uciekinierów - Jestem z wami, zawsze byłem i jestem wobec was lojalny. Sęk tkwi w tym, że nie wiadomo od którego. Czyżby wśród sympatycznej grupki czaił się zdrajca?



Rodzice są źli - każdy nastolatek, któremu zabroniono wyjścia na imprezę, odmówiono zwiększenia kieszonkowych albo odłączono Internet ze względu na słabe stopnie pokiwa głową z najczystszą aprobatą. Scenarzysta dobrze wiedział, w które struny uderzyć, by z gardeł młodych czytelników wydobyć jęk zachwytu. Oto mamy grupę młodych ludzi, których nie sposób nie polubić i bezwzględnych złoczyńców - rodziców. Nie sposób nie uśmiechnąć się, widząc taką konstrukcję fabularną. Taki pomysł łatwo jednak popsuć, wpadając w infantylizm albo nachalny melodramatyzm. Na szczęście Brian K. Vaughan pokazuje klasę, odpowiednio wyważając poziom żartów i nieco cięższych fragmentów (Molly tęskni za rodzicami). Generalnie Runaways mają niezłą zabawę - bawią się z super-bohaterów (są nawet myleni z Power Pack, super-grupą składającej się z dzieci), przybierają pseudonimy i chowają się w jaskini, która kryje w sobie prawdziwy pałac - Hotel, który podczas wstrząsów sejsmicznych dosłownie zapadł się pod ziemię. Z drugiej strony - ich życie runęło w gruzach, sami są ścigani przez skorumpowaną policję i hunterów napuszczanych na nich przez Pride. Dzieciaki usiłują odnaleźć się w nowej, trudnej sytuacji. Nie każde z nich radzi sobie z tym inaczej, co sprawia, że możemy zaobserwować kilka naprawdę ciekawych i wzruszających momentów. Znacie określenie "komiksowo przerysowany bohater"? zostało ono ukute w okolicach lat 70-tych, gdzie prym wiodły kryształowe, czyste jak łza charaktery w stylu kapitana Ameryki czy Supermana. Nikt wtedy nie myślał, że można zrobić komiks o dzieciakach na gigancie, dlatego też powyższy frazes powinien już dawno odejść do lamusa.



Rysunki w "Runaways" przedstawiają równy, wysoki poziom. Oprawę graficzną w niniejszym komiksie tworzyło dwóch artystów - Adrian Alphona i Takeshi Miyakawa. Obaj panowie świetnie poradzili sobie w roli ilustratorów tej zakręconej, żywiołowej opowieści. Co prawda styl tego drugiego nie do końca mi odpowiada, nie można mu jednak odmówić solidnej, rzemieślniczej jakości. Całości dopełniają wyśmienite okładki Tajwańskiej artystki Jo Chen.
Generalnie i na trzeźwo rzecz biorąc, jestem bardzo zadowolony z tego zakupu. Taki stosunek ceny do jakości (a Marvel naprawdę potrafi wydawać HC) jest po prostu niespotykany, a szansa, że jakieś rodzime wydawnictwo pokwapi się obdarować nas polską wersją tej wysmakowanej opowieści graficznej jest równa zeru. Nawet gdyby, jakimś cudem, to i tak pewnie cena byłaby wyśrubowana do granic niemożliwości, a jakość... ech, nieważne.
założę się, że wielu z was uważa zakup 450-stronicowej książki z obrazkami za czystej wody głupotę. Może. Nie będę polemizował, zwrócę tylko uwagę, że niektórzy wydają kilka razy więcej na kawałek plastiku (kolekcjonerskie karty) albo flakon perfum wielkości naparstka. I okej, można i tak. Ja wolę elegancko wydany komiks, który będzie dumą i ozdobą mojej skromnej jeszcze kolekcji.

Zawiera: RUNAWAYS #1 do #18

Scenariusz: BRIAN K. VAUGHAN
Rysunki: ADRIAN ALPHONA, TAKESHI MIYAZAWA
Okładka: ADRIAN ALPHONA

Liczba stron: 448
Cena okładkowa: $34.99
ISBN: 0785118764

Format: ok. 19cm na 28cm (szerokość na wysokość)
Oprawa: twarda
Druk: kolorowy
Język: angielski

3 komentarze:

Walter pisze...

I pomyśleć że nie wierzyłem że się tym na NK lansujesz :P

pawelk pisze...

Nie żebym się czepiał, ale nie lepiej było dać grafiki ze środka komiksu? Wtedy można od razu zobaczyć jak rzecz wygląda.Trzy fotki wydania, które jest zwykłym hacekiem z Marvela to już lekki onanizm formą. :) A u nich to nic niezwykłego. Choć pamiętam, że jak kupiłem swój pierwszy hc, to się jarałem, bo w Polsce nikt tak Marvela nie wydał i nie wyda.

Ale graficzki ze środka i okładka nadal mile widziane, bo sam się nad tym tytułem zastanawiam,

pawelk pisze...

Lata 70. to właśnie początek końca okresu niewinności superherosów.
Kryształowi bohaterowie to lata 40-ste, a już od wejścia Marvela z ich seriami w sześćdziesiątych robi się stopniowo coraz mniej kryształowo - Hulk jest zły, a Spider-man swoim błędem zabił wujka Bena. A potem nadchodzą inne zmiany i rozliczenia z gatunkiem, aż do lat osiemdziesiątych i "The Dark Knight Returns" "Watchmen".
Polecam pierwszy z brzegu tekst o latach siedemdziesiątych i nowościach jakie wniosły: http://www.kazet.bial.pl/2008_02/z_glga.htm